Strony

środa, 28 września 2011

Azroz: Nów | Rozdział 25 - Gwiazda nad tobą


ROZDZIAŁ 25
Gwiazda Nad Tobą

            Dziewczyna natychmiast zdjęła chustę zapominając, że nie powinna tego robić. Krzyk Oriona tak ją wystraszył, że działała intuicyjnie. Co ona sobie myślała do cholery. Miała łuk drugi raz w ręku i już chciała być Wilhelmem Tellem. Ciekawe co grozi za zranienie Astronusa. Spodziewała się samych najgorszych rzeczy. Ale nie śmiechu…
— A niech to meteor strzeli — odezwał się Orion. — To było świetne.
— Ale… — dziewczyna rozejrzała się. Centaur był cały, a strzała tkwiła w drzewie. — Krzyknąłeś.
— Bo strzała przeleciała mi przez ogon.
— Gdzie ona jest? — spytała dziękując w myślach za to, że Centaur stracił jedynie kilka włosów z ogona.
            Wskazał jej kupkę popiołu, w którą zmieniła się tajemnicza kobieta. Była to, jak jej wyjaśnił, zła demonica Światła. Pod postacią zwodniczej świecącej kuli oślepiała częściowo lub całkowicie ofiarę i żywiła się jej wzrokiem. Zwykle polowała na młodych mężczyzn, ale ta widocznie dawno nie jadła.
            Kiedy Orion odwiózł Wybrankę do domu, musieli wytłumaczyć Rudidowi co zaszło. Czarodziej był zmartwiony, ale i zadowolony, że dziewczyna tak dobrze sobie poradziła w obliczu niespodziewanego niebezpieczeństwa. To dobrze wróżyło na przyszłość.
            Tego wieczora czekała ją jeszcze jedna rozmowa. Gdy wróciła do pokoju musiała jakoś wyjaśnić swoją nieobecność siostrze, chociaż jeśli Andrzej z nią rozmawiał, to Basia z pewnością domyślała się prawdy.
— Owocne spotkanie? — spytała najmłodsza Wybranka, kiedy tylko Gośka przekroczyła próg sypialni.
— Zależy które — mruknęła dziewczyna. — Możemy o tym pogadać jutro? Jestem padnięta.
— Najchętniej w ogóle zamknęłabym już ten temat — Basia podniosła się z łóżka. — Idę po szklankę wody.
            Pozostali odprowadzili ją wzrokiem. Jak tylko zamknęła za sobą drzwi, Andrzej spytał o rozmowę z Orionem. Wybranka Martisu opowiedziała mu wszystko poza spotkaniem z Ablepsią. Potem to kuzyn zdał jej relację ze swojej rozmowy z Basią. Przemilczał tylko, że dał jej i Centaurowi ciche błogosławieństwo. Uznał, że nad Gośką trzeba nieco dłużej popracować.
— Okno — powiedziała nagle dziewczyna.
— Co okno? — chłopak nic nie zrozumiał. – Jest zamknięte.
— Ale ktoś otwiera jedno w bibliotece — wyjaśniła podnosząc się z miejsca.
— To pewnie Rudid.
— Rudid chrapie w swojej sypialni… Niech to szlag!
            Gosia wybiegła z sypialni, a kuzyn ruszył za nią. Jedno z okien w bibliotece rzeczywiście zostało otwarte, ale w pomieszczeniu nikogo nie było. Wybrańcy ostrożnie zbliżyli się do niego i wyjrzeli na dwór. To co zobaczyli zdecydowanie nie spodobało się Gośce. Na oświetlonej promieniami księżyca polanie stał Orion z ręką wyciągniętą w kierunku… Baśki, która do niego biegła.
— Co robisz? — spytał Andrzej, gdy starsza kuzynka zerwała się z miejsca i popędziła w kierunku schodów.
— A jak myślisz? Muszę ich powstrzymać. I każe Rudidowi zabić to okno deskami, bo co chwila ktoś z niego wyskakuje!
— W ten sposób możesz tylko pogorszyć sprawę.
— A jak to można jeszcze bardziej pogorszyć?
            Wybraniec doszedł do wniosku, że chyba już nadszedł czas, żeby wyjaśnić dziewczynie, iż według niego Basia wie co robi i póki co nie powinni się przejmować. Musiał obyć się bez pracy nad nią i nie spodziewał się, aby to dobrze przyjęła.
— Powiedziałeś jej, żeby była szczęśliwa?! To tak jakbyś zaoferował, że będziesz świadkiem na ich ślubie!
— Nie dramatyzuj. Zostaw to ekspertom takim jak ja. I nie zapominaj, zakazany owoc najlepiej smakuje. Zostawmy ich w spokoju. Może jak się bliżej poznają, wcale nie przypadną sobie do gustu.
— Świetnie — warknęła. — W najgorszym wypadku szykuje mi się szwagier Centaur.
— My nie będziemy tu wiecznie — przypomniał jej. — Zrobimy swoje i wrócimy na Ziemię, a Orion zostanie tutaj. Poza tym on obiecał, że będzie ja szanował, a nie, że będzie uciekał na sam jej widok. A ty najchętniej wydałabyś mu zakaz zbliżania się.
— Żebyś wiedział — westchnęła. — Najgorsze jest to, że jak na razie Oriona po prostu nie da się nie lubić.
— Zbrodnia to niesłychana, postać Centaura może być lubiana — zażartował chłopak. — Wolałabyś, żeby trafił jej się jakiś łajdak? Zaraz, a może ty jesteś zazdrosna?
— O Oriona?!
— O uczucie. No wiesz, wygląda na to, że Baska porządnie się zakochała pierwsza z całej naszej trójki — zauważył Andrzej. — To dość frustrujące.
— Nie gadaj głupot — fuknęła Gośka. — I chodźmy spać. Jak będę tu siedzieć to zwariuję.
            Dziewczyna jednak długo nie mogła zasnąć. Zastanawiała się nie tylko nad tym co robi jej siostra, ale także nad słowami kuzyna. Czy faktycznie zazdrościła Baśce, że ta pierwsza znalazła potencjalnego chłopaka? Od tych przemyśleń uwolnił ja sen, który w końcu spłynął na nią i ukoił zszargane tym dniem nerwy.
            Basia nie mogła ukryć radości na widok czekającego na nią Oriona. Uśmiechała się szeroko, a on odwzajemniał uśmiech. Wsiadła na jego grzbiet z drżącym sercem i równie drżącymi dłońmi ścisnęła go w pasie dotykając umięśnionego brzucha. Miała dreszcze, ale bynajmniej nie z zimna. Była niezwykle przejęta, pierwszy raz tak blisko mężczyzny, do tego tak pociągającego. Jej podenerwowanie wzmagała otoczka tajemnego spotkania i pewnego przekraczania zasad.
            Noc doskonale nadawała się na potajemną schadzkę. Trudno było wyobrazić sobie bardziej romantyczne okoliczności. Księżyc świecił jasno opromieniając im drogę, trawy smagane wiatrem wyglądały jak morskie fale i zewsząd docierał do nich zapach kwiatów. Basia wtuliła się w plecy Oriona, gdy ten zagłębił się w las. Tutaj promieniom księżyca drogę utrudniały korony drzew, ale całą okolicę oświetlały chmary świetlików, które uczyniły tę noc jeszcze piękniejszą.
            W końcu wkroczyli na dość dużą polanę zostawiając księżyc za drzewami. Było to urokliwe miejsce z sadzawką otoczoną z jednej strony tatarakiem. Basia zsiadła z Oriona i usadowiła się na ziemi wsłuchując się w swoistą symfonię przyrody. Natura zdawała się specjalnie dla niej grać koncert, angażując najlepszych muzyków w lesie. Rechot żab łączył się z cykaniem świerszczy i stukaniem tataraku. Las szumiał chóralnie, a drugim głosem śpiewał szelest liści. A ona słyszała tę przedziwną melodię niemal widząc jej nuty.
— O czym myślisz? — szepnął Orion siadając obok niej.
— To wspaniałe miejsce — westchnęła. — Dziękuję, że mnie tu przyprowadziłeś.
            Drugi głos szeleszczących liści wysunął się na pierwszy plan i nagle spomiędzy drzew wyfrunęło mnóstwo różnokolorowych liści złączonych ze sobą w przedziwny sposób. To one wydawały ten niezwykły dźwięk. Dopiero gdy jeden z nich zatrzymał się we włosach Basi, ta dostrzegła, że tak naprawdę są to motyle o skrzydłach do złudzenia przypominających liście.
— Fantastyczne — szepnęła.
— To Papifoliumy — wyjaśnił Orion. — Nie mają żadnych nadzwyczajnych zdolności, ale wyglądają niezwykle. Gotowa na lekcję? — uśmiechnął się.
            Dziewczyna skinęła głową, a on ułożył się tak, aby mogła położyć się i oprzeć o jego bok. Wodził po niebie palcem rysując kontur gwiazdozbioru Oriona i pokazując jej najważniejsze gwiazdy. Potem wskazał jej gwiazdozbiór Byka i wyjaśnił jak może go odnaleźć na niebie.
            Gdy sięgnął dłonią do jej włosów, aby zdjąć liść, który spadł z drzewa, ona przytrzymała jego rękę i wplotła się w nią palcami. Miał taka dużą i ciepłą dłoń. Popatrzyła mu w oczy. Mogłaby utopi się w ich błękicie. Orion wyglądał na nieco speszonego, ale nie cofnął dłoni. Za to na jego czole pojawiło się zatroskanie.
— Co się stało? — spytała.
— To trudne — wyznał.
— Co takiego?
— To… co nas łączy. Lubię cię, chyba nawet bardzo, ale nie jestem pewien, czy jestem ci pisany.
— Tego nigdy nie wie się do końca — uśmiechnęła się.
— Widzisz, my Centaury wiemy. W każdym razie tak mi zawsze mówiono. Nasza Rasa jest niezwykle wierna i najczęściej mamy jednego partnera na całe życie.
— A ty…
— Jesteśmy równie niewinni — wyznał jej rumieniąc się. — Nie spotkałem jeszcze nikogo, do kogo czułbym to, co do ciebie. A nawet cię nie znam.
— To można nadrobić — odparła pewnie. — Mamy dużo czasu, żeby się poznać.
— Tak, ale jest jeszcze różnica… Twoja siostra miała rację. Widywałem związki ludzi i Elfów, nawet Pegazów i Jednorożców, ale ludzi i Centaurów nigdy.
— Mówisz, że przy nikim nie czułeś tego co czujesz przy mnie. My ludzie zakochujemy się i odkochujemy, nie wiem czy potrafiłabym rozpoznać prawdziwą miłość, ale myślę, że to właśnie teraz czuję. Ponoć jest jeden sposób, by się przekonać czy mężczyzna jest tym jedynym.
— Jaki? — odparł takim tonem jakby się bał.
            Podniosła się na kolana i odwróciła do niego. Drżąc ze zdenerwowania zbliżyła swoja twarz do jego. Nie odsunął się chociaż mógł. Uznała to za dobry znak. Spojrzała jeszcze raz w morska toń jego oczu i dojrzała w nich przyzwolenie.
            Kiedy ich usta się zwarły, cały Azroz przestał istnieć. Motyle, które Basia czuła w brzuchu eksplodowały feerią doznań. Dziewczyna poczuła w sobie świeżość jakiej nie doznała nigdy dotąd. Nie tylko czuła zapach kwiatów i słyszała cykanie świerszczy. Była nimi, czuła to co one, a one odczuwały jej radość. Tak wielką, że mogłaby je rozerwać.
            Gdy odsunęła się od Oriona i otworzyła oczy, nie była już na lesnej polanie. Oataczały ich kwiaty tak bujne i pachnące jakby przenieśli się do jakiegoś ogrodu botanicznego.
— To musi być to — westchnął Orion nagle podnosząc się na równe nogi. Pochwycił Basię na ręce i zawołał — To musi być to!
— Przestań wariacie — dziewczyna śmiała się głośno. — Wypłoszysz wszystkie zwierzęta.
— Nie dbam o to — powiedział stawiając ją na ziemi. — Spójrz.
            Powiodła wzrokiem za jego palcem. Tuz pod środkową gwiazdą Pasa Oriona pojawiła się spadająca gwiazda.
— Nasza Rasa wierzy, że kiedy jeden z Centaurów odnajdzie swoją miłość od pasa Oriona odpada jeden diament jako dar dla zakochanych. Teraz jestem pewien, że jesteś mi przeznaczona.
            Gadali jak najęci przez całą drogę powrotną do domu. Próbowali dowiedzieć się o sobie jak najwięcej, ale chyba oboje zdawali sobie sprawę, że nie ma to najmniejszego sensu. Nie można dobrze poznać się w tak krótkim czasie. Basia zastanawiała się też nad tym co powiedział Orion. Czy faktycznie odnalazła swoją miłość? Czy możliwe jest, żeby pierwszy ukochany był tym jedynym na całe życie? Ta historia brzmiała pięknie, ale jednak była tylko legendą. No i pozostawały jeszcze różnice dzielące ludzi i Centaury…
— Co to? — spytała nagle nieco wystraszona. Spomiędzy drzew przyglądało im się kilka par żółtych lśniących oczu.
— Zaraz zobaczysz — Orion uśmiechnął się i sięgnął po coś do sakwy. Ku zaskoczeniu dziewczyny wyjął z niej jakąś fujarkę.
            Kiedy Centaur zaczął grać lekką, przyjemną melodię pojawiło się jeszcze więcej tych świecących punkcików. Powoli z lasu zaczęło wynurzać się stado niewielkich stworzeń podobnych do fenka. Miały niezwykle długie uszy, które służyły im za skrzydła. Były to Vulpalaurisy.
— Urocze — zachwyciła się dziewczyna, gdy jeden z nich nadstawił głowę, żeby go pogłaskała. — Gośka z miejsca zabrałaby je wszystkie do domu — zaśmiała się. Stworzonka towarzyszyły im aż na skraj lasu mimo, że Orion już dawno skończył grać.
— Zanim pójdziesz — przytrzymał jej dłoń nim wróciła do chaty — chcę, żebyś o czymś wiedziała. Obiecałem twojej siostrze, że cię nie… zhańbię i dotrzymam słowa. Dopóki jestem twoim Astronusem powinniśmy ukrywać to co nas łączy. Wiem, że będzie nam ciężko, ale i tak już posunęliśmy się za daleko.
— Nie martw się — powiedziała całując go na pożegnanie. — Poradzimy sobie.
            Orion odczekał aż dziewczyna wejdzie do chaty i ruszył niespiesznie do swojego domu w środku lasu. Była późna noc, więc nie spodziewał się spotkać po drodze nikogo poza leśnymi stworzeniami. Tym bardziej zaskoczył go widok Elfki czekającej na werandzie. Towarzyszył jej Rivus. Miny obojga wyrażały podekscytowanie zmieszane z niepokojem.
— Mamy piękną noc — rzucił Pegaz na powitanie.
— Romantyczną, można by rzec — odparła młoda kobieta o rudych włosach splecionych w niezwykle gruby i ściśnięty warkocz, który opadał szerokim łukiem z boku głowy.
— Doprawdy? — odparł Orion. — Nie zauważyłem.
— Ale natura to zauważyła — stwierdziła Elfka. — Wiesz co wyszeptał mi dziś las? Że pewien książę odnalazł swoją księżniczkę.
— To z pewnością ten listek, który przywiał z lasu wiatr ci to powiedział — stwierdził wskazując Papifoliuma na jej ramieniu. — Poza tym, to, że jestem księciem Centaurów nie znaczy…
— A czy ktoś mówił, że chodzi o ciebie — puściła do niego oko.
— Ale skoro już o tym mówimy — Rivus podszedł do niego. — Jesteś pewien, że to ta jedyna?
— Z pewnością widzieliście Diament Centaurów.
— Faktycznie — przyznała Elfka. — Zdajesz sobie sprawę z tego, że nie będzie wam łatwo?
— Już nie jest — westchnął. – Ale jestem pewny, że to właśnie ona.
— A zatem — kobieta stanęła naprzeciw niego z poważna miną — Niech wam się szczęści — uśmiechnęła się promiennie i uściskała go.
— To zostanie między nami — zapewnił Rivus. — Szczęściarz z ciebie, trafiła ci się całkiem ładna Wybranka.
— Tak swoją drogą, kiedy przyjechałaś? — spytał Orion Elfkę. — Myślałem, że będziesz jutro.
— Byłam na tyle blisko, że postanowiłam wyrobić się jeszcze dzisiaj. Ale podróż była męcząca, a czekanie na ciebie jeszcze bardziej. Więc pozwolicie, że już się pożegnam. Dobranoc.
            Orion czuł się szczęśliwy. Stał jeszcze przez chwilę po tym jak kobieta i Pegaz poszli do siebie i rozmyślał o tym co czeka tak nietypowy związek jak jego i Basi. Cokolwiek przyniesie im los, był pewien, że zrobi wszystko, aby dziewczyna była szczęśliwa i bezpieczna u jego boku.
            Basi nie było dane się wyspać. Zanim jeszcze obudziły ja promienie słońca czy choćby Wén Shēn, zdążył zrobić to Andrzej. Dziewczyna była zaskoczona jak udało mu się tego dokonać przy wyczulonym słuchu Gośki. Musiał się bardzo postarać, bo Wybranka Martisu nadal spała.
— Opowiadaj — nalegał, gdy zamknęli się w łazience.
— O czym?
— Nie udawaj głupiej. Wiemy z Gośką o waszej nocnej schadzce. A ja muszę wiedzieć na co ją przygotować.
— A tobie się zdaje, że co my tam robiliśmy? — syknęła.
— Nie wiem. Może ty mi powiesz, co takiego znajduje się poniżej jego pasa, co warte jest pokazania?
            Dziewczyna wybałuszyła na niego oczy. Kiedy pokazał jej kartkę, którą poprzedniego dnia dostała od Oriona musiała mu wyjaśnić co oznaczało dziś wieczorem pokażę ci co znajduje się poniżej mojego pasa.
— Chodziło o gwiazdę idioto — fuknęła. — Tobie tylko jedno w głowie. Nie każdy jest tak niewyżyty jak ty.
— Daruj sobie. Nie założę ci pasa cnoty i nadal podtrzymuję to, że życzę wam jak najlepiej, ale muszę mieć pewność, że i ty pozostajesz przy swoich wczorajszych słowach.
— Dochowasz tajemnicy? — poczekała aż skinie głową. — Ja naprawdę go kocham. I chcę z nim być wbrew wszystkiemu i wszystkim.
— I nie masz zamiaru podzielić się swoim szczęściem z siostrą?
            Odwrócili się na dźwięk tych słów. Andrzej zupełnie zapomniał, że zaklęcie wyciszające  może działać jedynie w pomieszczeniu, w którym je rzucił. A nie ponowił go, gdy weszli do łazienki. Teraz Gośka patrzyła to na niego, to na Baśkę, a z wyrazu jej twarzy niewiele można było wyczytać. W końcu podeszła do siostry i uniosła jej twarz do góry.
— Spójrz mi w oczy. Kochasz go?
— Tak — odparła z pewnością w głosie.
— Więc bądźcie szczęśliwi — powiedziała i pociągnęła kuzyna za sobą do sypialni. Już w drzwiach rzuciła do Basi. — Masz dziesięć minut na prysznic, potem moja kolej.
            Andrzej przyglądał się jej badawczo, kiedy szukała w szafie ubrań. Skąd w niej taka zmiana? Wczoraj gotowa była zamknąć siostrę w wysokiej wieży, odurzyć ją jakimiś środkami nasennymi, a na straży postawić smoka… chociaż nie, to inna bajka. W każdym razie zwrot poglądów o sto osiemdziesiąt stopni nie pasował do Gosi.
— Co jest? — spytała, bo ciągle wlepiał w nią wzrok.
— To ja się pytam co jest? Możesz mi wyjaśnić swój nagły przypływ sympatii dla tego związku?
— Cóż, powiedzmy, że moje zmysły działają nawet przez sen.
— To miło. Może to rozwiniesz?
— Nie słyszałam ich rozmowy — przyznała. — Ale słyszałam krzyk Oriona. I był to szczery krzyk radości.
— Jednak łatwo cię zmiękczyć — uśmiechnął się pod nosem. — Ale to dobrze, że znów wszyscy stoimy po tej samej stronie barykady.
— Jak trzej muszkieterowie — wtrąciła się Basia. Weszła do pokoju akurat, kiedy kuzyn mówił ostatnie zdanie.
— Jeden za wszystkich — powiedział Andrzej.
— Wszyscy za jednego — zapewniła Gośka.

sobota, 24 września 2011

Azroz: Nów | Rozdział 24 - Ludzkie gadanie

ROZDZIAŁ 24
Ludzkie gadanie

Plan Gośki był prosty, kiedy ona będzie szukać Oriona po wieczornym bieganiu, Andrzej miał zagadać Baśkę. Dziewczyna nie wzięła tylko pod uwagę, że Centaura nie tak łatwo będzie znaleźć. Nie mieszkał w chacie Rudida, więc może miał jakieś legowisko w lesie. Swoją drogą może nie byłoby to takie złe. Gdyby Baśka zobaczyła w jakich polowych warunkach mieszka jej obiekt westchnień to możliwe, że w końcu by się opamiętała.
— Rudidzie nie wiesz gdzie można znaleźć Oriona? — spytała dziewczyna gdy wróciła znad jeziora.
— Sprawdzałaś w domku gościnnym?
— W domku gościnnym? — dziewczyna była zaskoczona. — Myślałam, że Twój dom jest jedyny w okolicy.
— Chyba faktycznie nic wam nie mówiłem....
Czarodziej wyjaśnił, że Astronusy mieszkają w głębi lasu, niedaleko jeziora. Wyjaśnił Gosi jak tam dojść, ale uprzedził, żeby na siebie uważała i szybko wracała. Noc nie jest najlepszą porą na samotne spacery po lesie.
Po dobrym kwadransie dziewczyna dotarła na miejsce. Domek gościnny zajmował więcej miejsca niż chata Rudida wraz z ogrodem. Głównie dlatego, że w połowie składał się z wielkiego zadaszenia wraz z boksami dla koni. Chociaż jeden był wielkości mamuta, albo... Smoka. Na drewnianej werandzie otoczonej kolorowymi skrzynkami z kwiatami siedziały Elfy. Gotard pomachał jej na przywitanie.
— Co cię tu sprowadza? — spytał przyjaźnie.
— Chciałam porozmawiać z Orionem, ale chyba pomyliłam drogę...
— Ależ nie — zapewniła Cloridia. — Mieszkamy z nim. Chwilowo jest jeszcze na polowaniu. Niedługo wróci, zapraszamy do środka.
— Czy Vulcan i Rivus też tu mieszkają?
— Tak — potwierdziła kobieta. — Ale tylko kiedy opiekują się Wybrańcami.
Dziewczyna weszła za Elfami do domu i znalazła się w dużym pomieszczeniu łączącym funkcję salonu z kuchnią. Meble były zdecydowanie mniej ozdobne niż u Rudida, ale nie zabrakło tu kanapy, fotela i kominka. Szerokie półki zastawione był książkami, roślinami doniczkowymi i figurkami rzeźbionymi w drewnie. Piękna robota — pomyślała. Przedstawiały chyba wszystkie Rasy, z których wywodziły się Astronusy.
W oczekiwaniu na Oriona Gotard pokazał jej resztę domu. Był bardzo gościnny. Gosię zaskoczyło to, że zamiast schodów było tam coś w rodzaju windy. Dokładnie był to dość duży, wydrążony konar, który unosił jakiś dziwny mechanizm oparty na obiegu wody. Bardzo interesujące rozwiązanie, ale technika raczej nie była jej mocną stroną. Na szczęście Elf nawet nie próbował jej wytłumaczyć jak dokładnie działa ta winda.
— Wygodne — oceniła wysiadając na piętrze.
— Mając cztery długie nogi trudno wchodzić po schodach.
— Chyba nie rozumiem?
— Mówię o Orionie — wyjaśnił młodzieniec.
— To on tu mieszka?
— Oczywiście. A gdzieżby?
Dziewczyna nic nie powiedziała. Zapomniała, że Centaury są traktowane jak ludzie. Na Ziemi z pewnością w oczach ludzi bliżej im było do koni. Sama zresztą nie mogła się wyzbyć podobnego skojarzenia.
Na piętrze znajdował się mniejszy salonik z kanapami, biblioteczką, szachami, a nawet sztalugą i harfą. Gotard pokazał nawet Gosi pokoje gdzie mieszkali. Wybranka była nieco skrępowana, bo dobrze wiedziała, jak może wyglądać sypialnia gdy trafia się niezapowiedziany gość. Ale Elfki najwidoczniej znajdowały czas na codzienne porządki, mimo zajęć z Wybrańcami. W pierwszej sypialni panował idealny porządek. Łóżko było zasłane, szafa zamknięta,  książki na półkach ustawione według rozmiaru a przybory na biurku ułożone równiutko. Któraś z Elfek była niezłą pedantką.
— No, to moje królestwo już odwiedziliśmy — Gotard poprowadził Gosię do wyjścia.
— Żartujesz? — dziewczyna zrobiła wielkie oczy. — To jest Twój pokój?
Widocznie wśród Elfów ogólnie przyjęte było utrzymanie porządku na wysokim poziomie. Ale w sumie czemu się dziwić, piękni, zadbani ludzie to i pięknie i czysto mieszkali. To szło ze sobą w parze. W ostatnim pokoju był taki sam porządek, jedynie brak krzesła i zdecydowanie większe łóżko mogły zdradzać, że mieszkał tu Centaur. Swoją drogą to nieco niesprawiedliwe, że tylko Orion mieszkał w domu a Rivus i Vulcanus musieli spać na dworze. W porządku, Smok sam miał rozmiary małego domu, ale Pegaza od Centaura różniły jedynie skrzydła i nieco inna głowa.
— To miło ze strony Rudida, że wybudował Wam ten dom — stwierdziła Gosia gdy wrócili do salonu.
— Rudid go nie zbudował — poprawiła ją Cloridia.
— Och, przepraszam. Mówił, że to dom gościnny, więc myślałam, że zbudował go dla Was. Nie wiedziałam, że to wy go wybudowaliście.
— Bo tego nie zrobiliśmy — uśmiechnęła się Emilina. — Można powiedzieć, że to dom Oriona. To on zaproponował żeby go zbudować, sam go zaprojektował i właściwie, niemal sam postawił. Dziewczyna nic nie powiedziała. Kolejny plus dla Oriona za wspaniałomyślność i dobroduszność. Gdyby nie te dodatkowe nogi pewnie sama by się w nim zakochała. A co dopiero nastolatka, która jeszcze nie przeżyła pierwszego zauroczenia.
W tej chwili wrócił Orion niosąc ze sobą dwie upolowane kaczki. Zdziwił się na widok Gosi, a jej tajemniczość nieco go niepokoiła. Właściwie oczekiwał podobnej wizyty, ale prędzej spodziewałby się tutaj Andrzeja. Poszedł z dziewczyną do swojego pokoju, gdzie nikt im nie przeszkadzał.
— Właściwie nie wiem od czego zacząć — Wybranka była nieco speszona. — Orionie ile masz lat?
— 25 — odparł.
— Niewiele się pomyliłam — mruknęła. — To może inaczej. Jak długo masz 25 lat?
— Urodziny mam w lipcu.
— Nie o to pytam — westchnęła.
— Wiem — uśmiechnął się pod nosem. — Chcesz wiedzieć jak wolno się starzeję?
— Otóż to.
— W Azrozie starzeję się tak samo wolno jak ty i tak samo szybko jak ty zestarzałbym się na Ziemi. Czy naprawdę przyszłaś tu po to żeby rozmawiać o moim wieku?
— Przyszłam, aby upewnić się, że traktujesz moją siostrę jedynie jako Wybrankę, którą masz się opiekować. Widzisz ona... zdaje jej się, że coś do ciebie czuje.
— Doprawdy? — Orion wyglądał na zaskoczonego. — Zdaje jej się? Według mnie wygląda na świadomą i pewną swoich odczuć.
— To jeszcze dziecko, wiesz o tym — dziewczyna się obruszyła. — Zresztą tak czy inaczej jesteś dla niej za stary.
— Jesteś pewna, że o to chodzi? — Centaur posłał jej wymowne spojrzenie.
— Masz rację, chodzi o coś innego. Ona jest człowiekiem, a ty nie... do końca. Czy twoim zdaniem taki związek ma jakąkolwiek przyszłość?
— Widywałem mieszane rodziny. Czarodzieje z Elfami...
— Elfom bliżej do ludzi niż Centaurom — przerwała mu. — Nawet związek z Krasnoludem wydaje się bardziej naturalny.
— Ranisz mnie...
— Wybacz, ale bardziej przejmuję się siostrą niż tobą.
— Mogę cię zapewnić, że będę ją traktował z należytym jej szacunkiem i nie zrobię nic co by ją splamiło.
— Zakładam, że oboje myślimy o tym samym. Mam jeszcze jedną prośbę.
— Słucham.
— Czy mógłbyś zakładać jakąś koszulę? Przynajmniej na zajęcia?
Orion zaśmiał się, ale skinął głową. Schlebiało mu to, że myśli, iż Basia na jego widok nie będzie mogła się skupić na niczym innym. Gosia wyglądała na w miarę przekonaną, ale na nieco zaniepokojoną. Może z czasem się do niego przekona.
Dziewczyna pożegnała się ze wszystkimi i ruszyła w drogę powrotną. Odrzuciła ofertę Vulcana, że ją podwiezie i teraz zaczynała tego żałować. Mrok zapadał bardzo szybko, a ona nie miała ze sobą nawet pochodni. Nie uczono ich też jeszcze żadnego zaklęcia związanego z ogniem czy światłem. A szkoda.
W końcu w oddali zobaczyła blade światło. To pewnie w bibliotece, chociaż wydawało jej się, że do domu Rudida szło się w inną stronę. W ciemności musiała zmienić kierunek. Z każdym krokiem, gdy zbliżała się do źródła światła dostrzegała jego otoczenie. Nadal był to las, nie polana nad jeziorem. Czyli to nie chata Czarodzieja.
Gosia była zaskoczona gdy okazało się, że była to unosząca się w powietrzu świetlista kula. Dziewczyna zbliżyła się do niej, a ten dziwny świetlik odfrunął kilkanaście centymetrów dalej. Kiedy Wybranka miała rozejrzeć się żeby sprawdzić gdzie jest, kula rozjaśniła nieco jaśniej i przykuła jej uwagę. W końcu zawisła w powietrzu i zaczęła migotać coraz szybciej.
— Padnij!
Coś strąciło Gośkę z nóg i przycisnęło do ziemi. Mimo zamkniętych oczu dojrzała niesamowicie jasny błysk, po którym zapanowała nieprzenikniona ciemność.

Po kolacji Andrzej i Basia wrócili do pokoju. Chłopakowi udało się jakoś wytłumaczyć nieobecność Gosi. Dużo trudniej było mu zacząć rozmowę z młodszą kuzynką. Zastanawiał się czy starszej z sióstr było tak samo ciężko z Orionem. On kompletnie nie miał pomysłu jak to ugryźć.
— Te Elfki to niezłe laski — odezwał się w końcu nie bardzo wiedząc, czy wybrał odpowiednia taktykę.
— Są piękne — zgodziła się. — Gotard także, ale to u Elfów normalne. Swoją drogą chyba Gośka wpadła mu w oko.
            Andrzej zastanawiał się czy dziewczyna wyczuła jego zamiar i próbowała skierować rozmowę na inne tory, czy faktycznie zauważyła u Elfa zainteresowanie Wybranką Martisu. On sam nie zwrócił na to uwagi. Za to uczucie jakim Basia obdarzała Oriona było aż nadto widoczne.
— No, to ja wezmę którąś z Elfek, a Gośka Gotarda — uśmiechnął się. — Tylko kto tobie zostanie?
— I doszliśmy do sedna.
— Słucham? — chłopak za wszelką cenę próbował grać zaskoczonego.
— Doceniam twoje starania, ale nie możesz powiedzieć wprost, że nie podoba ci się perspektywa Centaura jako mojego chłopaka?
            Miała go. Czyli od razu wiedziała co się święci. Może i była nastolatką, ale daleko jej było do niektórych nierozsądnych dziewczyn w jej wieku. O tak, Barbara Kwiatkowska miała w głowie wszystko równo poukładane i nie bała się bronić swoich racji.
— Okej — westchnął. — Karty na stół. Orion ci się podoba.
— Tak.
— Tylko podoba?
— Intryguje mnie. Chciałabym go lepiej poznać jako człowieka.
— Centaura — poprawił ją.
— Rasista.
— Niech będzie, jako osobę — poszedł na kompromis. — I interesuje cię tylko jego wnętrze?
— Na razie poznałam go tylko z zewnątrz. I nie będę ukrywać, że ta powłoka jest miła dla mojego oka.
— To nas właśnie martwi.
— Andrzej, myślisz, że nie wiem jak by taki związek wyglądał?! Nie miałby sensu. Jedyne co mogłoby nas łączyć to trzymanie się za rękę i co najwyżej całowanie.
— Wolałbym nie wdawać się w szczegóły — chłopak się skrzywił.
— Gdyby niemówienie o pewnych sprawach sprawiało, że one przestają istnieć to świat byłby piękny i o wiele prostszy. Ale Orion nie zniknie jak przestaniemy o nim rozmawiać. Boicie się, że wskoczę mu do legowiska jakbym była głupia. A ja doskonale wiem, że wskoczyć to mogę mu jedynie na grzbiet. Jest moim Astronusem i jesteśmy skazani na swoje towarzystwo. Jako jego podopieczna powinnam go lepiej poznać i mam zamiar to zrobić. A jeśli przy okazji między nami zrodzi się głębsze uczucie to naprawdę żadne z nas nie ma na to wpływu i nic na to nie poradzimy. Miłość nie wybiera.
— Nie boisz się takiej miłości? — spytał z troską.
— Prawdziwa szczera miłość, jeśli jest czysta, nie jest czymś, czego należy się obawiać — powiedziała z pewnością w głosie. — A ludzie? A niech gadają.
— Nie pozostaje mi do powiedzenia nic innego poza tym, żebyś była szczęśliwa — uśmiechnął się do niej. No cóż, przekonała go.

            Kiedy Gosia podnosiła się z ziemi miała jeszcze lekkie mroczki przed oczami. Na szczęście wzrok szybko wrócił do normy i zaczął się wyostrzać. Nawet w nocy dziewczyna widziała doskonale, co ją cieszyło. Wreszcie zobaczyła kto ją tak bezpardonowo powalił na ziemię.
— Co ty tu robisz? — spytała zaskoczona Oriona.
— Martwiłem się o ciebie. Rudid też, bo już powinnaś być w domu.
— Dziwnie okazujesz troskę — stwierdziła rozcierając bolące ramię.
— Wybacz. Nie miałem czasu na subtelności. Ablepsie są bardzo niebezpieczne.
— Able co?
— Może się przedstawię.
            Odwrócili się słysząc nieznajomy głos. Zza drzewa wyszła młoda piękna blondynka o żółtych, nienaturalnych oczach. Wpatrywała się to w jedno, to w drugie z nich.
— Nienajlepszy mam dziś łów — westchnęła. — Liczyłam na jakiegoś przystojnego chłopca, a trafiła mi się dziewka i Centaur.
— Odejdź — warknął Orion.
— Oj, nie bulwersuj się tak — zachichotała kobieta. — Niczego ci nie brakuje — na chwilę zawiesiła wzrok na jego torsie. — Ale wiesz, że tobą się nie nakarmię.
— To Wampir? — spytała Gośka.
— Nie — odparł jej towarzysz. — Zamknij oczy?
— Co? — dziewczynę zdziwiło to polecenie.
— Zamykaj — warknął.
— To nawet zabawne — zaśmiała się nieznajoma, gdy Wybranka posłuchała. — Doprawdy Centaurze, sądzisz, że uchronisz to biedne dziewczę? Co prawda jej słabym wzrokiem nie nasycę się na długo, ale na podwieczorek wystarczy.
— Po moim trupie — Gosia usłyszała jak Orion dobywa miecza.
— Cóż — kobieta jakby się zastanawiała. — Da się zrobić.
            Nieznajoma nie przewidziała tego, że jej niedoszła ofiara miała wzrok słaby jedynie pozornie. I miała jeszcze kilka asów w rękawie. Gdy tylko zamknęła oczy, zaczęła postrzegać świat resztą zmysłów. Słyszała pałki tataraku stukające o siebie nad jeziorem. Czuła ruch powietrza choć nie było nawet wiatru. Ale najważniejsze było to co czuła. Każdy zapach docierał do niej jako osobne doznanie i co ją zaskoczyło, potrafiła je rozróżnić. Aromat kwiatów, zapach metalu miecza Oriona, a nieco dalej świeży zapach kobiecego ciała, który psuła nuta kwaśnego odoru.
            Kiedy światło błysnęło po raz pierwszy, trudno jej się było powstrzymać przed otwarciem oczu. Orion podał jej chustę, którą zawiązała wokół głowy. To skutecznie powstrzymywało odruch mrugania. Dziewczyna nie widziała czy kobieta miała broń, ale zdecydowanie walczyła i musiała radzić sobie nieźle. Czuła ruch powietrza jaki wytwarzały cięcia Oriona, słyszała kroki, a nawet nagły szelest liści, gdy ktoś wylądował na gałęzi. Była także pewna, że kilka razy ktoś odbił się nogami od drzewa. Słyszała nawet jak kołczan ze strzałami ociera się o plecy Centaura. To dało jej do myślenia.
— Podaj mi łuk — poleciła.
— Żartujesz? — prychnął.
— Nie będę ci teraz tłumaczyć. Rzuć mi łuk i strzały. I zajmij się nią.
            Kiedy usłyszała jak łuk zsuwa się z pleców Oriona i szybuje w powietrzu, złapała go w locie. Tak samo było ze strzałami. Teraz musiała tylko jakoś wycelować. Słuch był w tym wypadku nieco zawodny, bo odgłosy nakładały się na siebie. Ale zapachy…
— Orionie musisz mi trochę bardziej zapachnieć!
— Co ty wygadujesz?!
— Ustaw się z wiatrem i dużo machaj.
            Po chwili dziewczyna poczuła to na co liczyła. Najpierw aromat kobiety, potem zapach metalu i w końcu woń końskiego włosia. Teraz wystarczyło tylko trafić cel. W chwili, kiedy wypuszczała strzałę poczuła lekką zmianę w zapachach. Walczący musieli się obrócić. Ale było już za późno. Krzyk i westchnienie wydobyły się z gardeł innych osób niż planowała.

sobota, 17 września 2011

Azroz: Nów | Rozdział 23 - Zakazany owoc

ROZDZIAŁ 23
Zakazany owoc

            Orion kręcił się jeszcze przez jakiś czas po tym jak Wybrańcy zajęli swoje miejsca. Andrzej miał wreszcie okazję przyjrzeć mu się dokładnie. Na oko nie mógł być wiele starszy od chłopaka. Być może z tego wynikało jego lekkie zdenerwowanie. Wyraźnie wyglądało jakby czuł, że nie jest na właściwym miejscu. Pewnie nie był przyzwyczajony, że jego uczniowie właściwie są jego rówieśnikami. Albo zwyczajnie peszyło go, że co najmniej jedna para oczu patrzy na niego jak na ciało... bynajmniej nie pedagogiczne.
— Przyznam, iż nie przywykłem do pracy w takich warunkach — odezwał się rozkładając na stole mapy nieba, które nie bardzo chciały się tam mieścić. — Antigravitati.
            Plansze pofrunęły w górę i zawisły w powietrzu przed Wybrańcami. Dwa potrójne zestawy przedstawiały artystyczne wizualizacje gwiazdozbiorów Barana i Byka, a także ich schematyczne obrazy widziane z Ziemi i Azrozu.
— Co ty już tam notujesz? — spytała Gosia widząc Andrzeja skrobiącego piórem po pergaminie. — Przecież jeszcze w zasadzie nic nie powiedział.
            W odpowiedzi chłopak tylko uśmiechnął się pod nosem.
— No, tak lepiej — stwierdził Orion. — Zwykle gwiazdozbiory omawiam nocą, kiedy są widoczne na niebie, ale dzisiaj musi nam wystarczyć to.
            Centaur zapowiedział im, że co prawda jego Rasa specjalizuje się konkretnie w gwiazdozbiorach, ale podstawy horoskopu także zna, więc postara się zastąpić Rudida jak najlepiej. Zgodnie z planem zajęć mieli poznać każdy ze znaków zodiaku. Tego dnia dwa pierwsze.
— Na początek może trochę historii — Orion zaczął wykład. — Nazwa gwiazdozbioru Barana pochodzi od złotego mitologicznego barana, na którym beocki książę Fryksos przybył do Kolchidy, kiedy uciekał przed śmiercią. Miał skończyć na ołtarzu ofiarnym. W podzięce za ocalenie Fryksos podarował barana Zeusowi, a ten umieścił go wśród gwiazd. Złote runo zaś zostało podarowane Ajetesowi, królowi Kolchidy. Później stało się ono celem wyprawy… No właśnie. Czy ktoś z was wie, kto szukał złotego runa?
            W górze pojawiły się ręce Basi i Andrzeja. Mimo, że chłopak był pierwszy, Centaur dał głos jego kuzynce.
— Złote runo było celem Jazona i Argonautów.
— Bardzo dobrze. A wiecie może jak nazywał się okręt, którym płynęli? — tym razem nikt nie zgłosił się do odpowiedzi. — Ten statek to Argo, ale nie musicie tego wiedzieć. Zapiszcie sobie też nazwy trzech pierwszych gwiazd Barana: Hamal, Sheratan i Masertim.
            Oczywiście zarówno gwiazdozbiór Barana jak i inne miały znacznie więcej gwiazd, ale w Azrozie największą wagę przywiązywano do trzech pierwszych ciał niebieskich każdego gwiazdozbioru. Andrzej nie był pewien z czego to może wynikać. Z tego co pamiętał ze szkoły gwiazdy owszem, nie stały w miejscu tylko poruszały się jak każda materia w kosmosie, ale był to ruch na tyle powolny, że niezauważalny na co dzień. A może nie chodziło o prędkość, a o odległość. Tego już nie pamiętał. W każdym razie trudno mu było sobie wyobrazić jakąś drastyczną zmianę w położeniu tych gwiazd, którą dałoby się obserwować w krótkim odstępie czasu. Z drugiej strony czas w Azrozie płynął inaczej niż na Ziemi, a wiele Ras zdawało się być długowiecznymi. Miały więc dość czasu, by dostrzec wszelkie zmiany na niebie. Swoją drogą to nasunęło chłopakowi pewną myśl.
— Co do drugiego gwiazdozbioru — Orion kontynuował — to przedstawia on byka, w którego wedle mitu zmienił się Zeus, żeby porwać fenicką księżniczkę Europę. Główne gwiazdy Byka to.. Tak? — musiał przerwać, bo Basia podniosła rękę.
— Czy to prawda?
— Zależy, która część. Faktem jest, że Zeus potrafi zamienić się w byka. Chociaż nie jest w tym odosobniony. Co do Europy to tę znam tylko z mitów, ale większość podań nie ma odzwierciedlenia w rzeczywistości. Więc nie, nie porwał Europy. Wracając do Byka, jego główne gwiazdy to Aldebaran, Elnath oraz Alkione. W kwestii gwiazdozbiorów to tyle. Przechodząc do horoskopu, Baran jest znakiem ludzi urodzonych w…
— Marcu i kwietniu — wtrąciła się Gośka.
— A Byk w kwietniu i maju — dodała Basia.
— Konkretnie czas Barana przypada na okres od 22 marca do 20 kwietnia, a Byk od 21 kwietnia do 21 maja — uzupełnił Andrzej.
— Nie wiedziałem, że interesujecie się horoskopami — Orion był pod wrażeniem.
— On się interesuje — uściśliła Gosia wskazując kuzyna. — Ja urodziłam się w pierwszej, a Baśka w drugiej połowie kwietnia.
— Ale podręcznikowej charakterystyki znaków zodiaku chyba nie znacie, co? — upewnił się Centaur. Kiedy pokręcili głowami, powiedział — To dobrze, w takim razie mam tu jeszcze coś do roboty.
             W tej chwili Lukrecja zawołała ich na obiad, więc tak się akurat złożyło, że w tym konkretnym momencie jednak nie miał nic więcej do zrobienia. Ostatnio Wybrańcom topniał czas wolny między zajęciami. Lekcje kończyły się, gdy któraś ze Skrzatek przypominała wykładowcom o posiłku. Ale Wybrańcy się nie skarżyli, w zasadzie nie zwracali nawet uwagi na to, że siedzą na zajęciach dłużej niż powinni. Wyglądało na to, że zaczynało ich interesować to, czego się uczyli.
            Po obiedzie, na który podano kremową zupę z kukurydzy i przepiórki w sosie żurawinowym, Andrzej miał okazję porozmawiać z Gosią o tym, co przyszło mu do głowy podczas zajęć. Chwila była tym lepsza, że Baśka gdzieś poszła.
— Ile według ciebie Orion może mieć lat? — spytał.
— Pewnie jakieś 260 — prychnęła.
            Chłopak zastanowił się przez moment. To byłoby podobne do jego młodszej kuzynki, żeby za jednym zamachem złamać wszelkie możliwe normy. Nie dość, że zadurzyła się w pół-koniu z królewskim rodowodem, to jeszcze dużo starszym.
— Chodzi mi o ziemskie lata — powrócił myślami do głównego nurtu rozmowy.
— Jakieś 26 — oceniła Gośka. — Więc nawet gdyby starzał się normalnie i był w pełni facetem, to i tak za starym dla niej.
— 26 mówisz… Myślałem, że nie może być wiele starszy ode mnie.
— Nie obraź się, ale ty wyglądasz tak młodo, że nie dziwię się, że masz problem z oceną wieku u innych. Poza tym względem ciebie i mnie jego wiek nie jest aż tak zróżnicowany, co między nim a Baśką.
— Masz rację. Słuchaj, może trzeba z nimi pogadać?
— Właśnie chciałam cię o to prosić — przyznała dziewczyna.
— No dobra — westchnął. — Odbędziemy z Orionem męską rozmowę. Moją pierwszą w życiu…
— Andrzej, chciałam, żebyś porozmawiał z Baśką.
            Chłopak spojrzał na nią zaskoczony. Takiego obrotu sprawy się nie spodziewał. Gosia wyjaśniła mu, że o ile rozmawiając z Orionem powinna dać sobie radę z samokontrolą, to w przypadku siostry nie byłaby już tego taka pewna. Lepiej byłoby dla wszystkich, gdyby się teraz nie kłócili. Ciężko było się z nią nie zgodzić.
            Kiedy zeszli na zajęcia, Basia już siedziała na swoim miejscu pochylając się nad jakimś papierem. Orion stał nad nią. Żadne z nich nie zauważyło jak pozostali Wybrańcy zeszli do ogrodu. Kiedy Centaur dotknął ręki Basi, Andrzej zastanawiał się czy nie przytrzymać drugiej kuzynki. Ten widok niemal dosłownie ją poraził.
— Głęboki wdech — szepnął. — Nie szalej. Sama mówiłaś, że nie trzeba nam awantur. – Na głos powiedział za to — Jesteśmy.
— Och — Basia zachowywała się jak gdyby nigdy nic. Centaurowi nawet nie drgnęła dłoń, która teraz spoczywała obok ręki dziewczyny. — Orion pokazywał mi jak znaleźć na mapie nieba Pas Oriona.
— Mam nadzieję, że nic poni… — Gośka nie dokończyła, bo Andrzej nadepnął jej na stopę. Posłał jej ostrzegawcze spojrzenie i syknął, żeby siadała. — Mam nadzieję, że nicpoń Basia cię nie zamęcza — poprawiła się dziewczyna opanowując nerwy. Zmusiła się nawet do uśmiechu.
— Nicpoń? — Centaur odpowiedział uśmiechem. — Była bardzo grzeczna. Ale dość rozrywki, czas zabierać się do pracy.
            Orion opisał im cechy charakterystyczne dla ludzi urodzonych pod znakami Barana i Byka. Ci pierwsi kochali wolność i chętnie podejmowali każde możliwe wyzwanie. Kiedy coś szło nie po ich myśli, robili się niecierpliwi, a sugestie innych osób przyjmowali niechętnie. Charakteryzowali się ogromną energią, ale jej nadmiar niestety czasem potrafił przeradzać się w agresję. Barany niechętnie szły na kompromis, co niejednokrotnie naruszało więzi przyjaźni. A przyjaciół wybierali sobie pełnych energii i dobrze ułożonych, czemu sprzyjała ich szczerość i otwartość.
            Według Andrzeja niewiele z tego opisu pasowało do Gosi, ale już dawno nauczył się, że ludzie są zbyt bardzo złożeni, żeby można było ich określić od A do Z na podstawie jednego znaku zodiaku. Aby opisać człowieka w miarę dobrze, trzeba by wszystkie jego znaki z różnych horoskopów rozłożyć na czynniki pierwsze. W każdym bowiem znalazłaby się jedna bądź dwie cechy idealnie pasujące do tego człowieka. Zresztą astrologowie stosowali indywidualne horoskopy, które zawierały układ stworzony na podstawie nie tylko daty urodzenia z rokiem, ale nawet godziną narodzin. Przy takich szczegółowych danych była ponoć szansa, że horoskop dobrze opisze daną osobę.
            Także drugi znak zodiaku nie bardzo oddawał charakter Wybranki, która się pod nim urodziła. Z tego co mówił Orion, Byki były nastawione pokojowo, ale zdeterminowane. To akurat się zgadzało, ale już stwierdzenie, jakoby miały skłonność do gwałtownych wybuchów gniewu, nie zawsze ukierunkowanych do właściwych osób, przynajmniej w przypadku Baśki można było włożyć między mity. Bardziej zgodne z prawdą było to, że Byki były inteligentne i odporne na zmiany. Bo Andrzej nie powiedziałby, że jego młodsza kuzynka próbowała dopasować się do innych ludzi. To dopasowanie wynikało raczej z jej uniwersalnego charakteru. Faktem za to było, że nie bała się wyzwań. W końcu to właśnie ona pierwsza zdecydowała, że powinni przybyć do Azrozu. Za to stwierdzenie, iż mimo spokoju i generalnemu sprzeciwu wobec rozwiązań siłowych, będzie walczyć gdy ktoś ją sprowokuje, w przypadku Wybranki Veneris sprawdzało się co do joty.
            Podczas zbierania map Orion zostawił przy rzeczach Basi jakiś zwitek. Gosia nie zauważyła tego, zajęta zbieraniem swoich rzeczy, ale nie uszło to uwadze Andrzeja. Po zajęciach najstarsza Wybranka pierwsza ruszyła na polanę, gdzie już czekały Elfy. Za nią szła siostra pogrążona w lekturze listu. Kiedy skończyła, zmięła go i, jak jej się zdawało, niepostrzeżenie rzuciła na ziemię dodatkowo przydeptując. Nie wzięła jednak pod uwagę, że ktoś może jej się przyglądać. Andrzej upewnił się, że sam nie jest obserwowany i wyciągnął rękę w kierunku listu. — Antigravitati — szepnął. Kiedy kartka powoli pofrunęła do góry, chłopak chwycił ją i przeczytał. Teraz wiedział już, że musi zrobić dwie rzeczy. Zniszczyć tę notatkę zanim wpadnie w ręce Gośki i zdecydowanie porozmawiać z Baśką. Póki co miał jednak co innego na głowie. Na polanie wreszcie pojawił się Rudid. Chłopak wsunął świstek głęboko do kieszeni spodni i dołączył do pozostałych.
— Czego się dowiedziałeś? — spytał Czarodzieja.
— To był przypadek — stwierdził mężczyzna. — Byłeś zły, przez co nie panowałeś nad zaklęciem. To wymknęło się spod kontroli i trafiło trzy cele.
— A rozbłyskująca woda? — spytała Basia.
— Złudzenie optyczne. Podświetliły ją promienie słońca.
— Czy możemy zamienić słowo na osobności? — powiedział Wybraniec. — Z tobą i Elfami.
            Rudid i jego pomocnicy poszli za chłopakiem. Ten przeprosił ich za zajście podczas zajęć. Powinien zrobić to od razu, ale Rudid i Cloridia zniknęli w domu, a potem jakoś nie było okazji. Elfy zapewniły, że nie żywią urazy, ale Czarodziej przestrzegł go, by kierował się pozytywnymi emocjami, bo te negatywne łatwo wzbudzić i bardzo doładowują Maga, ale ich destrukcyjna siła jest trudna do opanowania. Brzmiało znajomo.
            Kiedy wrócili do dziewczyn, Wybrańcy poznali opis i działanie zaklęcia leczniczego. Na szczęście w przypadku tego czaru nie trzeba było skupiać się na konkretnej tkance. Wystarczyło zbliżyć ręce do rany lub bolącego miejsca. Czas leczenia zależał od tego jak poważna była rana i oczywiście od aury Maga. Generalnie zaklęcie to nadawało się do leczenia skaleczeń i mniejszych ran, głównie takich, które na Ziemi nie wymagałyby szycia. Z czasem mieli szansę na opanowanie czaru w takim stopniu, by mogli wyleczyć też głębokie zranienia.
— Punctum — Rudid skierował zaklęcie po kolei na palce wskazujące każdego z Wybrańców. Po chwili na opuszkach pojawiały się krople krwi. Przypomniało to trochę test na czas krwawienia.
— Regeneratio — Andrzej spodziewał się, że ranka na chwilę rozbłyśnie lub stanie się z nią cokolwiek innego. Ale dziurka po prostu się zasklepiła i tyle.
            Ćwiczyli ten schemat jeszcze jakiś czas. Stopniowo przechodzili przez coraz silniejsze czary powodujące stłuczenia, otarcia, a nawet oparzenia. W końcu przyszła kolej na poważniejsze rany.
— Fustis — Gotard rzucił zaklęcie na Andrzeja.
Chłopak wygiął plecy, gdy poczuł, że skóra na nich pęka, jak biczowana. Najbardziej obawiał się takich właśnie czarów. Nigdy nie był odporny na ból.
— Skup się! — powiedział mu Rudid.
— Jeśli zostałeś zraniony w miejscu, do którego nie mają dostępu ręce, przyłóż je do głowy. Ona jest głównym ośrodkiem energetycznym Magów. Z niej bierze się ich siła.
— Regeneratio — chłopak chwycił się głowy czując się przy tym strasznie głupio. Ale rada Czarodzieja okazała się przydatna. Ból ustał natychmiast i po chwili Wybraniec był pewny, że rany zniknęły.
— Vulnus — Emilina zaatakowała Basię. Na ramieniu dziewczyny pojawiła się czerwona pręga, ale nic poza tym. Wybranka skrzywiła się, ale generalnie nic jej się nie stało i nie było potrzeby rzucać czaru leczniczego.
— Poza supersiłą ma też grubą skórę oraz sporą odporność fizyczną — wyjaśnił Rudid widząc skonsternowaną minę Elfki. — Obawiam się, że będzie potrzebne konkretne cięcie. - Instruktorka spojrzała na mężczyznę zaskoczona, ale pokiwała głową.
— Vulnusectum!
To zaklęcie Basia zdecydowanie poczuła. Na spodniach pojawiło się rozcięcie, przez które widać było obficie krwawiącą ranę. Dziewczyna żałowała, że nie uprzedzono ich wcześniej jak dokładnie działają te zaklęcia. Założyłaby jakiś worek, a nie jedne z ulubionych spodni. Z żalem patrzyła na jeansy, których niestety nie dało się uratować żadnym czarem uzdrawiającym. Zresztą nawet gdyby były całe to usunięcie plam z krwi graniczyłoby z cudem.
Resztę zajęć poświęcili na połączone ćwiczenia Defensio i Regeneratio. Elfy atakowały wszelkimi możliwymi zaklęciami raniącymi, a jeśli któraś z magicznych osłon Homectusów okazała się nieskuteczna, przychodził czas na zaklęcie lecznicze. Ataki instruktorów miały bardzo różne działanie. Można powiedzieć, że Wybrańcy byli ranieni, miażdżeni, bici, parzeni, cięci, rąbani, przeszywani na wylot, a nawet kąsani i postrzeliwani. Andrzej był pewien, że przy okazji zaliczyli niemały materiał z zakresu medycyny urazowej. Ze wszystkich czarów, jakimi byli poddani najgorszy był Postrzał. Wykorzystywał małe elementy jak kamyki, które wbijały się w ciało z prędkością pocisku. W takim przypadku trzeba było szczególnie umiejętnie korzystać z zaklęcia leczniczego, które działało dwuetapowo. Najpierw znieczulało ranę, by można było bezboleśnie usunąć ciało obce, co samo w sobie było paskudne, a dopiero potem następowało całkowite wyleczenie miejsca po “kuli”. Pod koniec zajęć Rudid zabronił Andrzejowi używać Regeneratio, bo chłopak robił to na tyle dobrze, że niemal żadne raniące czary się go nie imały. A to z kolei utrudniało uczenie się zaklęcia leczniczego.
— Niezła robota — ocenił Rudid, kiedy skończyli ćwiczenia. — Ale jak tak dalej pójdzie to nie wiem, czym będziemy musieli atakować Andrzeja, żeby go trafić. Pozostanie nam tylko przemoc fizyczna.
Chłopak zmusił się do uśmiechu. Może powinien się mniej przykładać żeby nie zaczęli go naprawdę kroić. Na szczęście nie musiał nad tym długo myśleć, bo jego uwagę odwrócił głód, który właśnie dał o sobie znać.
— Jeszcze jedno — powiedział Czarodziej nim poszli na kolację. Podszedł do każdego z nich, przyłożył ręce do rozciętych miejsc w ich ubraniach i wymówił zaklęcie — Reparare.
Wszelkie rozcięcia i dziury w materiale zniknęły, a ubrania były jak nowe. No, prawie jak nowe. Czar najprawdopodobniej nie obejmował wywabiania plam. Ale Władca zapewnił ich, że Skrzatki sobie z tym poradzą.
Przed kolacją zdążyli się jeszcze przebrać i odświeżyć. Podczas posiłku naprzeciw Andrzeja siedział Orion, który jak nieparzystokopytny wyrzut sumienia przypominał o czekającej go rozmowie z Basią. Chociaż i tak miał lepiej od Gośki, która to właśnie z Centaurem miała się rozmówić. Mimo to chłopak nie spieszył się z jedzeniem swojej porcji opiekanego sera pleśniowego.

wtorek, 13 września 2011

Azroz: Nów | Rozdział 22 - Czary-Mary

ROZDZIAŁ 22
Czary-Mary

            O przydatności czarów, które podrzucono Andrzejowi, ten miał okazję przekonać się już rano. Dziewczyny budziły go dwa razy, a on dwa razy po chwili zasypiał. W końcu kiedy przyszła jego kolej na wizytę w łazience, musiał zwlec się z łóżka, ale był półprzytomny. Po omacku sięgnął po kartkę schowaną pod poduszką, po czym powlókł się do umywalki.
            Kiedy woda obudziła go na tyle, że widział coś więcej niż zamazane kształty, przeczytał odręczną notatkę. Ktoś zrobił mu prezent w postaci dwóch na pierwszy rzut oka przydatnych zaklęć. Czar wyciszający powodował, iż ani Mag będący pod jego wpływem, ani nic czego dotykał lub po czym stąpał nie wydawało żadnego dźwięku. To rozwiązywało problem skrzypiących desek i drzwi. Drugie było zaklęcie odprężające. Z opisu wynikało, że usuwało zmęczenie i dodawało energii nawet na kilka godzin. To było właśnie to, czego teraz było mu trzeba.
Relaxatio — szepnął.
            Działanie czaru przeszło jego najśmielsze oczekiwanie. Powiedzieć, że usunęło senność to mało. Chłopak był nabuzowany jak mało kiedy i przepełniony energią. Spojrzał w lustro i stwierdził, że kobiety pozabijałyby za takie czary. Cienie pod oczami zniknęły, włosy zrobiły się lśniące i sprężyste, a oczy błyszczały.
— Rany — szepnął. — Skóra gładka jak pupcia niemowlęcia.
            Gdy wrócił do pokoju kuzynki spojrzały na niego z niedowierzaniem i błyskiem zazdrości w oczach. Działanie zaklęcia było widoczne na pierwszy rzut oka. Na szczęście dla Andrzeja do pokoju zapukał już Wén Shēn, więc nie miały czasu na żaden komentarz.
— Widzę, że klimat Azrozu ci służy — powiedział mędrzec na widok Wybrańca.
            Kolejne plusy rzuconego czaru chłopak odkrył już nad jeziorem. Nie tylko wreszcie udało mu się dobiec na metę jako pierwszy, ale na dodatek zostawił dziewczyny pół okrążenia za sobą. Mało tego, czuł że mógłby biec dalej i to długo.
— Zadziwiające — Wén Shēn skomentował ten nagły wzrost energii u Homectusa.
            Basia i Gosia powiedziałyby raczej, że podejrzane, ale po biegu były zbyt zziajane, żeby wydusić z siebie cokolwiek. Poza tym od razu poszli na śniadanie, więc znów nie miały okazji do rozmowy. Podczas posiłku odmieniony wygląd Andrzeja nie uszedł uwadze także innych domowników.
— Nie wiedziałam, że na Ziemi mężczyźni używają więcej kosmetyków od kobiet — stwierdziła Chloris.
— Słucham? — Wybraniec był zbity z tropu.
— Masz skórę bez skazy — zauważyła. — Nawet moje ziołowe mieszanki tak nie działają. To musi być duża ilość jakiegoś dobrego pudru.
— Niczym się nie pudrowałem! — w odpowiedzi wróżka potarła ręką o policzek chłopaka.
— Faktycznie — rzekła zaskoczona. — Jesteście pełni tajemnic.
            Rudid przyglądał się temu z uwagą. Andrzej zastanawiał się nawet, czy Czarodziej czegoś się nie domyśla, ale ten milczał. Także jego twarz nie zdradzała co myśli. Wybraniec był ciekawy, czy są jakieś magiczne sposoby, aby sprawdzić, czy ktoś jest po działaniem jakiegoś zaklęcia, a jeśli tak, to czy często z nich w Azrozie korzystali.
            Andrzej przewidywał, że tego dnia będą mieli sporo czasu wolnego. Podczas śniadania Rudid zapowiedział, że poznają jedynie dwa zaklęcia. Opanowanie dwóch czarów nie mogło im przecież zająć połowy dnia.
— Pierwszym zaklęciem jest Defensio — odezwał się Czarodziej kiedy stawili się na polanie. Towarzyszyła im trójka Elfów, które poznali wczoraj. — Jest to zaklęcie obronne, najsłabsze z trzech istniejących. Rozprasza czar agresora, aby nie wyrządził wam krzywdy.
— A pozostałe dwa? — spytał Andrzej.
— Zaklęcie Protekcji podobnie do czaru Obrony rozprasza urok przeciwnika — wyjaśnił Władca. — Ale robi to w znacznej odległości, nie tak blisko was jak Defensio. – Z kolei Clipeus wyczarowuje na krótką chwilę srebrną tarczę, która odbija zaklęcie jak rykoszet. Odbity czar podąża za Magiem, który go użył.
— No to może przejdźmy od razu do Clipeusa — Andrzej się napalił.
— Spokojnie — mężczyzna się zaśmiał. — Na zaklęcie Tarczy przyjdzie jeszcze czas. My jednak zaczniemy od podstaw.
            Rudid wyjaśnił im, że drugim zaklęciem jakie poznają będzie Regeneratio. Był to jeden z dwóch czarów uzdrawiających. Używało się go, aby uleczyć samego siebie. Andrzej miał nadzieję, że skoro jednym czarem, który dziś mieli poznać jest zaklęcie Defensio, to drugi będzie miał charakter ofensywny. Szybko jednak zrozumiał, że połączenie tych dwóch zaklęć w jednym dniu nie było przypadkowe. Elfy, które miały im partnerować mogły korzystać z szerokiego wachlarza uroków, niektóre mogły mieć efekt, który wymagał użycia czaru uzdrawiającego.
            Elfy najwyraźniej nie miały zamiaru stosować wobec Wybrańców żadnej taryfy ulgowej. Miotały zaklęciami niemal na wszystkie strony. Tylko na początku Wybrańcy stanęli parami ze swoimi instruktorami jak do pojedynku jeden na jeden. Później musieli bronić się w biegu uważając dodatkowo, aby nie wpadać na siebie nawzajem.
Paralyticus! — Emilina rzuciła zaklęcie paraliżujące.
Defensio! — Andrzej się bronił, ale czar przeciwniczki go dosięgnął. Piąty raz z rzędu.
Finis Fascinatio — mruknęła Elfka odwołując swój atak.
            Wybraniec zrozumiał już, że muszą opanować Defensio na tyle, żeby działało przynajmniej raz na jakiś czas, nim przejdą do Regeneratio. Gdyby trafiono ich jakimś czarem wywołującym rany choćby połowę mniej razy niż pozostałymi, którymi do tej pory oberwali, to nie byłoby już co zbierać.
            Chłopak zdał sobie też sprawę, że zaklęcia wcale nie są takie proste, chociaż i tak udało mu się poprawnie obronić przy pomocy Defensio więcej razy niż dziewczynom razem wziętym. Konkretnie to udało mu się to trzy razy w przeciągu ostatniej godziny. Kuzynkom ta sztuka udała się jedynie po razie.
— Może chwila przerwy? — wydyszał Andrzej podnosząc się z ziemi. Emilina mogłaby już zmienić to zaklęcie. Ile razy można upadać.
— Pięć minut! — zgodził się Rudid.
            Wybraniec Neptunios odczuwał większe zmęczenie niż się spodziewał. Oczy zaczęły mu się kleić, choć czas działania Relaxatio jeszcze nie powinien minąć. Chłopak wiedział jednak co robić. Odwrócił się tak, by nikt go nie widział i ponownie doładował się zaklęciem.
— Zaczynajmy — powiedział odzyskując siły.
            Niestety energia, jaką zyskał nie szła w parze z umiejętnościami. Co prawda mniej czarów rzuconych przez Elfy go trafiało, ale bynajmniej nie miało to związku z poprawnym wykonaniem przez niego zaklęcia obronnego. Po prostu szybciej biegał i częściej nadążał z chowaniem się za drzewa.
— To całkiem przydatna umiejętność! — zawołał Gotard, gdy chłopak po raz wtóry zanurkował w zagajniku. — Ale nie uratuje ci życia w prawdziwej walce.
            Andrzej wrócił na polanę i poprosił o jeszcze jedną przerwę. Poszedł do łazienki, żeby opłukać twarz. Chyba także Relaxatio źle rzucał, bo krótko po wzroście energii jaki dawało, następował nagły jej spadek i utrata sił. Wzmagała się za to senność.
— Co się z tobą dzieje? — to Ikar pojawił się koło umywalki. Andrzej nie miał nawet siły, by się wystraszyć. — Idzie ci gorzej niż z lewitacją, a jestem pewien, że masz potencjał.
— To przez to zaklęcie od ciebie.
— Jakie zaklęcie? — Sylfid był zdziwiony.
— Odprężające. Myślałem, że to ty mi je podesłałeś.
— Na cumulonimbus, użyłeś go przed zajęciami?
— Byłem śpiący — wyjaśnił chłopak. — Ale za każdym razem działa coraz gorzej.
— Za każdym razem?! To ile razy go użyłeś?
— Trzy lub cztery…
— Coś ty najlepszego zrobił… Nie czytałeś ostrzeżenia?
— Jakiego ostrzeżenia? — spytał Andrzej wyjmując kartkę. — Tu nie ma żadnego… — dopiero teraz zauważył, że kartka jest zapisana z dwóch stron.
            Z dopisku wynikało, iż korzystanie z Relaxatio niosło za sobą pewne konsekwencje. Zaklęcie nie tyle usuwało zmęczenie, co odsuwało je w czasie. Ikar wyjaśnił na przykładzie, jak dokładnie to działa. Jeśli do pełnego wypoczynku zostałyby Andrzejowi dwie godziny snu, to chłopak po rzuceniu czaru owszem, zyskałby energię, ale tak czy inaczej musiałby kiedyś te brakujące godziny odespać. A każde dodatkowe użycie czaru wydłużało ten czas w postępie arytmetycznym. A to oznaczało, że Wybraniec miał do nadrobienia od sześciu do ośmiu godzin snu! I to przy optymistycznym założeniu.
            Okazało się, że to jeszcze nie koniec problemów. Jak każde zaklęcie tak i Relaxatio czerpało z aury osłabiając ją. To najprawdopodobniej dlatego czary rzucane przez Andrzeja okazywały się nieskuteczne. Zaklęcie odprężające ciągle czerpało z jego energii.
— I co ja teraz zrobię? — chłopak bardzo się zmartwił. — Nie mogę przecież zasnąć w środku zajęć.
— Chyba jest sposób. Ale musimy się spieszyć. Skrzatki trzymają w kuchni napój regeneracyjny. On naprawdę usuwa zmęczenie, a nie odwleka je w czasie. No i nie traci energii na poprawę wyglądu… Odwrócę ich uwagę, a ty wypij cały kubek. Tylko nie więcej, pamiętaj.
            Zrobili jak zaproponował Sylfid. Musieli się streszczać, bo wizyta Andrzeja w łazience już nieco się przeciągała. Ikar narobił zamieszania pod kuchennym oknem, a kiedy Hortensja przebywająca w kuchni wyszła na zewnątrz Wybraniec szybko wślizgnął się do środka i wypił napój. Chłopak zastanawiał się czemu wszystkie napary w Azrozie są takie paskudne. Jak do tej pory wszystkim było daleko do soku malinowego. Dobrze, że chociaż działały jak należy. Senność i zmęczenie minęły jak ręką odjął.
            Kiedy Andrzej wrócił na polanę oczy wszystkich zebranych skierowały się ku niemu. Czyżby znów jego wygląd poprawił się tak bardzo? Chyba nie, bo dziewczyny szybko wróciły do przerwanych ćwiczeń. Chociaż Rudid i Elfy nadal wpatrywali się w niego z zainteresowaniem.
— Może być ciekawie — mruknął Czarodziej, czego chłopak nie był w stanie usłyszeć. Głośno powiedział — Dziewczęta, odpocznijcie. Teraz Andrzej nadrobi zaległości.
— Z kim? — spytał Wybraniec.
— Wyglądasz na odświeżonego — zauważył mężczyzna uśmiechając się. — Może ze wszystkimi.
            Homectus spojrzał na niego zaskoczony. Zdał sobie sprawę, że nie było to pytanie tylko polecenie. Odetchnął głęboko i stanął na swoim miejscu. Elfy stanęły w łuku przed Wybrańcem. Raczej nie wyglądało na to, żeby zaatakowały jednocześnie. Na szczęście.
Syncope — Gotard zaczął atak.
Defensio — czar Elfa rozprysł się w ostatniej chwili. Wreszcie zaklęcie Andrzeja zadziałało jak należy.
Astrictus! — urok Emiliny również odbił się od osłony.
Exarmare — Cloridia skrzywiła się kiedy także jej atak został zablokowany.
            Gotard opuścił pole, a Elfki rzucały uroki niemal jednocześnie zmuszając Andrzeja do wytężonego wysiłku i szybkiego reagowania. Dziewczyny patrzyły na niego z niemym podziwem. Rudid nie wykazywał żadnych emocji. Obserwował trening w skupieniu.
— Tak właściwie to co on robi z rękoma? — spytał rudowłosy Elf. Chłopak przy rzucaniu czaru machał rękami i wykonywał nieskoordynowane ruchy.
— To nieważne — zapewnił Mag. — Niech rzuca czary jak mu wygodniej. Wracaj do gry. Zmasowany atak.
— Jesteś pewny? — spytał Gotard. Było to niezwykle zdecydowane działanie, może nawet nieco brutalne, niepodobne do Rudida. Kiedy Czarodziej skinął głową, Elf spytał — Jaki czar?
— Paraliżujący.
            Elf wrócił na swoje stanowisko dając Andrzejowi chwilę na regenerację. Mimo, że zaklęcia rzucali stojąc w miejscu to na obronę musiał poświęcić sporo energii, co wbrew pozorom było męczące. Zwłaszcza dla nowicjusza. Chociaż Wybraniec Neptunios trzymał się zaskakująco dobrze.
            Instruktorzy zmienili taktykę. Już nie stali w miejscu tylko poruszali się po okręgu. Chłopak musiał teraz wykazać się także spostrzegawczością. Uniesiona ręka oznaczała chęć ataku, chociaż czasem zdarzało się, że któryś Elf tylko markował zaklęcie. Kilka razy czar któregoś z instruktorów dosięgnął chłopaka, ale szybko cofali urok i zaczynali grę od nowa.
            Zajęty obroną nie zauważył, że Elfy spychają go stale w jedna stronę. Wkrótce też przestali biegać. Stanęli przed nim i rzucali czary zmniejszając dystans między nimi. To z kolei zmuszało Wybrańca do wycofywania się. Gdyby tylko poznali jakieś zaklęcia ofensywne. Chociaż właściwie jakieś znali… W tej chwili pod nogą Andrzeja rozległo się chlupnięcie i zdał sobie sprawę, że stoi w wodzie. Machinalnie skierował wzrok w dół.
Paralyticus! — wszyscy instruktorzy rzucili zaklęcie jednocześnie.
Def…
            Homectus nie dokończył. Trzy czary paraliżujące wyglądały jak jeden potężny urok. Uderzyły z taką siłą, że posłały chłopaka w powietrze. Nie mógł się poruszyć już w chwili, gdy jego stopy odrywały się od podłoża. W kierunku wody leciał nie człowiek, a kłoda.
— Przerwijcie! — zawołał Rudid gdy dotarło do niego jak to się może skończyć.
Finis Fascinatio! — Elfy były pewne, że zdołały przerwać działanie poprzedniego zaklęcia nim Wybraniec wpadł do wody.
            Gdy Andrzej dotknął dna jeziora natychmiast się obrócił. Przed upadkiem nie zdążył nabrać powietrza, ale na szczęście znajdował się niedaleko brzegu gdzie było płytko. Z tego miejsca dostrzegał nawet zarysy sylwetek Elfów zbliżających się do wody.
— Mam tego dość — powiedział wynurzając się. Wykonał szeroki zamach ręką rozpryskując krople wody. — Paralyticus!
            Nie miało dla niego znaczenia kogo dosięgnie jego zaklęcie. Nie był nawet pewien, czy trafi w kogokolwiek, chociaż na to liczył. Chciał się jedynie odegrać na Elfach. Nie wziął tylko pod uwagę, że może trafić całą trójkę…
            Kiedy wymówił czar, krople wody opuszczające jego palce na chwile rozbłysły. Kiedy dotknęły Elfów, te padły rażone urokiem. Wyglądało to tak, jakby woda była przewodnikiem magii. Ale przecież to niemożliwe. Chyba.
— Szybko — odezwał się Rudid. — Cofnij je.
Finis Fascinatio — tym razem czar zadziałał tylko na jednego Elfa. Chłopak musiał jeszcze dwa razy zakończyć Paralyticusa. — Finis Fascinatio. Finis Fascinatio.
— Co to było? — spytała Cloridia dochodząc do siebie.
— Nie wiesz? — odparł Czarodziej. — Myślałem, że ty nam to wyjaśnisz. Jako Elfka Wody…
— Jako Elfka Wody nigdy się z czymś takim nie spotkałam — zapewniła kobieta. — Lepiej będzie jak spytasz Posejdona.
— Pewnie tak. Chwila przerwy.
            Rudid udał się szybkim krokiem w stronę domu. Cloridia poszła za nim. Andrzej dojrzał wśród drzew Ikara dającego mu znaki. Kiedy do niego podszedł Sylfid stał się niewidzialny. Chłopak stanął tak, żeby nie było widać jak porusza ustami.
— To było fenomenalne — ocenił duch powietrza. — Jak to zrobiłeś?
— Chyba normalnie. Nie wiedziałem, że woda przewodzi zaklęcia.
— Bo nie przewodzi.
— Jesteś pewien?
— Widywałem różnych Magów — odparł humanoid z powagą. — Ale nigdy nie spotkałem się z czymś podobnym.
— Zobaczymy co powie Rudid. Uciekam za nim ktoś coś zauważy.
            Po powrocie z zagajnika Andrzej wysłuchał podobnych komplementów od swoich kuzynek. Jedynie Elfy nic nie mówiły tylko przyglądały mu się z mieszaniną zaskoczenia, podziwu i… niepokoju? Czyżby był odmieńcem nawet w tak dziwnym świecie?
— Rudid coś długo nie wraca — zauważył.
— Może przeszukuje księgi? — zasugerowała Basia. — Chyba dokonałeś czegoś niezwykłego. Bo chyba nie pojechał do Posejdona?
— Tak bez słowa? — Gosi to nie przekonywało. — W środku zajęć?
            Kilka chwil później teoria Basi stała się nieco bardziej prawdopodobna. Od strony chaty zamiast Czarodzieja szedł ku nim Orion. Najmłodsza Wybranka aż podniosła się ze swojego miejsca na jego widok.
— Panujże nad sobą — mruknęła Gośka sadzając ją z powrotem.
— Rudid poprosił mnie żebym poprowadził z wami zajęcia z horoskopu — wyjaśnił gdy do nich podszedł. — Zaklęcia będziecie kontynuować po południu.

poniedziałek, 12 września 2011

Azroz: Nów | Rozdział 21 - Hej szable w dłoń

ROZDZIAŁ 21
Hej Szable w Dłoń

Odyn rozdał Wybrańcom miecze dopasowując wielkość odwrotnie do wieku Homectusów. Tym samym Basi trafił się miecz dwuręczny, a Gosi jednoręczny. Andrzej dzierżył półtorak. Te zajęcia mieli poświęcić na postawy i trzymanie miecza. To ostatnie nie było wcale tak oczywiste, jakby się mogło zdawać. Krasnolud uczulił ich, aby w chwili chwytania broni już odczuwali zamiar ataku. Było to niezbędne. Nie mogli też zmieniać uchwytu podczas dokonywania ataku, a chwyt musiał być pewny i silny, żeby broń nie obracała się w dłoni.
W przypadku mieczy innych niż jednoręczny najlepiej było trzymać je oburącz, lewą dłonią u dołu. Lewa ręka i ramię służyło do nadawania siły ciosom, a prawa do kontrolowania kąta i kierunku uderzenia. Istotne było też, by chwyt stosowany podczas ćwiczeń i walki były takie same. Dzięki temu dłoń układała się na rękojeści instynktownie, a wojownik nie odczuwał dyskomfortu chwytając broń.
Po tym etapie Odyn i Elfy także chwycili za miecze. Nauczyciel wybrał dwuręczną broń, która była dłuższa od niego, ale z pewnością w rękach silnego Krasnoluda stanowiła śmiertelny oręż. Każde z czworga instruktorów przybrało inną pozycję.
— Nie zostawajcie w żadnej z postaw zbyt długo — pouczył ich Mag. — Lepiej, gdy to wy będziecie atakować, a nie przeciwnik. To cztery podstawowe postawy. Nauczymy was ich prawych wersji, bo ataki z prawej strony są silniejsze.
            Postawa, którą prezentował Odyn nazywała się pługiem i najlepiej nadawała się do wykonywania pchnięć i uderzeń od dołu. Krasnolud stał z lewą nogą wysuniętą do przodu, miecz trzymając z prawej strony, głownię trzymając przy biodrze i krzyżując ręce. Ostrze wznosiło się w kierunku twarzy potencjalnego przeciwnika.
            Emilina stanęła w ofensywnej postawie zwanej z dachu. Tutaj również do przodu wysunięta była lewa noga. Miecz za to opierał się na ramieniu, a ostrze wznosiło się za nim pod kątem około 45 stopni. Elfka zaprezentowała także inną odmianę tej postawy gdzie miecz trzymało się nad głową z wyciągniętymi ramionami i sztychem za sobą. Obie wersje pozwalały na zadawanie pchnięć i uderzeń z góry.
            Gotard stał również z lewą nogą wysuniętą do przodu. Miecz uniósł ze skrzyżowanymi nadgarstkami po prawej stronie głowy. Ostrze skierowane było w dół w twarz przeciwnika. Jako, że ta postawa przypomina pochylone rogi, nadano jej nazwę wołu. Najlepiej nadawała się ona do pchnięć i cięć zadawanych od góry.
            Ostatnią postawą, którą przybrała Cloridia był głupiec. Stawiała ona wojownika w optymalnej pozycji obronnej. Przy głupcu wysunąć do przodu można było dowolną nogę. Miecz należało wyciągnąć przed siebie z ostrzem skierowanym ku ziemi.
— Czy ktoś domyśla się czemu nazwano tę postawę głupcem? — spytał Odyn.
— Bo najlepszą obroną jest atak? — zaryzykowała Gosia.
— Można to tak ująć. Zasadniczo chodzi o to, że utrzymywanie się w defensywie i oddanie inicjatywy adwersarzowi jest domeną głupców. Niemniej jednak ta postawa ma doskonałe właściwości obronne, a nie zawsze będziecie w pozycji do ataku.
            Teraz wszyscy Wybrańcy przyjmowali kolejno każdą z postaw, a instruktorzy korygowali błędy. Cała trójka przećwiczyła także wszystkie układy z różnymi rodzajami mieczy, aby przekonać się, która z nich jest najlepsza dla danej długości broni. Zostało im jeszcze trochę czasu, więc Odyn zdecydował się przejść do kolejnego kroku i nauczyć Wybrańców czegoś o obronie. Nim przydzielił każdemu z nich pozycję i elfickiego partnera, wezwał ich do siebie. Przejechał rękoma wzdłuż każdego z nich od stóp do głów mamrocząc przy tym jakieś zaklęcie. Potem w stronę każdego rzucił kamyk, który odbijał się od niewidzialnej bariery tuż przed dotknięciem skóry Wybrańca. Zadowolony z efektu dał im do pary po Elfie, sam zaś przechadzał się i dawał rady typu wciągnij brzuch, wyprostuj plecy, czy ugnij kolana. Ale nie aż tak, nie będziesz klękać i prosić o rękę.
            Także pozostali instruktorzy nie szczędzili im rad i pouczeń. Okazało się, że poza obserwacją ciała i ruchów przeciwnika warto też zwrócić uwagę na jego twarz. To na niej często uwidaczniają się jego obawy czy nawet plany. Z oczu i miny można wyczytać strach, zwątpienie, ale także złość i determinację. Niezależnie od tego jakie uczucie przejawia wróg, można to wykorzystać na swoją korzyść.
— W walce istnieją trzy najważniejsze cele! — Odyn mówił głośno, aby przebić się przez szczęk metalu. — Głowa, korpus i flanka, czyli część ciała po stronie ramienia dzierżącego miecz. Kiedy atakujecie, zróbcie to najszybciej i najprościej jak to tylko możliwe. Atakujcie płynnie, koncentrujcie się na wybranym celu, a nie całym przeciwniku. Jeśli tniecie wroga na pół, nie kończcie ataku z mieczem niemal wygiętym z tyłu. No chyba, że chcecie przepołowić więcej niż jednego wojownika na raz — tu Odyn się zaśmiał. — Po ataku, najpierw wracajcie do pozycji wyjściowej, a potem się cofajcie, nigdy na odwrót!
            W tej chwili zdarzyło się coś, czego nie przewidziało żadne z Wybrańców. Wszystkie Elfy jednocześnie wyprowadziły trzy różne ataki. Emilina pchnęła Gosię prosto w serce. Gotard niskim uderzeniem przeciął Andrzeja na pół, pozbawiając tors połączenia z resztą ciała. Cloridia wysokim i sprawnym cięciem, końcem sztychu podcięła Basi gardło.
            Ostrza mieczy zamiast odbić się od ciał rekrutów, dosięgły celów. Każde z Wybrańców chwyciło za ranę, aby zatamować upływ krwi… której nie było.
— Rany boskie — westchnął Andrzej stwierdzając, że wbrew pozorom jego ciało jest nienaruszone. — Co to miało być?
— To mój chłopcze — odezwał się Odyn — było przydatne doświadczenie. I wstęp do parowania ciosów.
— Nie mogłeś nas uprzedzić?! — gdy tylko to powiedział, chłopak zdał sobie sprawę, że Krasnolud istotnie nie mógł ich ostrzec. Szok, jakiego doznali miał ich przygotować na to, że podczas walki należy spodziewać się wszystkiego i nie dopuścić do tego, by bezpieczne ćwiczenia stępiły ich ostrożność. Wybraniec był pewny, że w życiu nie przyzwyczai się, do metalu przeszywającego ciało, nawet jeśli nie wiązało się to z żadnym bólem. Był też przekonany, że brak ostrożności nie grozi również jego kuzynkom.
— Przechodząc do parowania — kontynuował Odyn ignorując pytanie Homectusa. — Jedną z głównych zasad właśnie poznaliście. Za wszelką cenę starajcie się utrzymać dystans między wami a przeciwnikiem. Aby chronić flankę unieście dłonie na wysokość brzucha, a ostrze skierujcie do góry, albo przed siebie, w stronę adwersarza.
— Trzymając dłonie na wysokości brzucha można także chronić korpus — odezwała się Cloridia. — Ale wtedy ostrze musicie zwrócić ku górze lub delikatnie na zewnątrz w kierunku oponenta.
— Na obronę głowy są dwie metody — wykład przejął Gotard. — Pierwszym jest ustawienie ostrza niemal równolegle z podłożem bądź nieznaczne uniesienie go do góry. Dłonie należy trzymać z prawej strony ciała i ostrze kierować w lewo.
— Drugą metodą jest odwrócenie położenia ręki i kierunku ostrza — zakończyła Emilina, która zaprezentowała to o czym mówiła, tak jak zrobili to pozostali.
            Teraz Wybrańcy przyjmowali po kolei wszystkie te pozy, a Odyn znów zasypywał ich radami. A to, żeby osłonę trzymali z dala od swojego ciała, a to, by ruchy były płynne i krótkie. Dowiedzieli się też, że uderzenie w ostrze przeciwnika to nie to samo co blokowane ciosu. Zasłonę stawia się po to, aby przyjąć atak i go odeprzeć, a nie, żeby działać przeciwko niemu.
            Ćwiczyli jeszcze jakiś czas zarówno postawy jak i osłony. Kiedy tylko mieli sposobność, Wybrańcy próbowali wyprowadzić atak, ale nigdy nie kończył się on dosięgając przeciwnika. Andrzej odnosił wrażenie, że ostrze jego miecza ześlizguje się tam, gdzie powinno trafić partnera. Zapewne wynikało to z jego niewiedzy i z czasem będzie mu szło lepiej. Zarówno chłopak jak i jego kuzynki niejednokrotnie jeszcze zostali trafieni i za każdym razem potrzebowali chwili, by dojść do siebie. Mimo braku bólu i krwi, widok ostrza przeszywającego ciało robił niesamowite wrażenie. Zajęcia skończyły się gdy zapadł zmierzch i Lukrecja wezwała ich na kolację.
            Kiedy zdawali broń, Odyn brał miecze i przy każdym coś mruczał. Ostrza jaśniały na chwilę, po czym przybierały normalną barwę.
— Co to? — spytał Andrzej.
— Zaklęcie niecelności — wyjaśnił Krasnolud. — Sprawia, że ostrze nie może nie tylko zranić, ale nawet dotknąć przeciwnika.
— To nie fair! — oburzył się chłopak. — To przez to nawet ich nie drasnęliśmy.
— Dzisiejsze zajęcia nie to miały na celu chłopcze. Na ataki jeszcze przyjdzie czas, zobaczysz. Dziś mieliście się bronić.
            Wybraniec nie kłócił się dalej. Nauczyciel zapewne miał rację. Na kolację Skrzatki zaserwowały pasztet z dzika i kozi ser czosnkowy do wyboru. Poza tym tradycyjnie całą tacę różnorakich wędlin. Do tego sałatę z pieczonym kozim serem, szpinakiem, avocado, prażonym czosnkiem i parmezanem.
            Kiedy Wybrańcy poszli do swojego pokoju, Rudid i ich trenerzy przeszli do salonu.
— Jak im dzisiaj poszło? — spytał Odyna sięgając po karafkę. — Wina?
— Wiesz, że nie odmawiam — zaśmiał się Krasnolud. — Chociaż wolałbym pitny miód. A co do naszych Homectusów, to „zginęli” dziś kilkadziesiąt razy.
— W takim razie — rzekł Czarodziej podając mu kielich — miodu dostaniesz kiedy oni zaczną „zabijać” was.
— Do tego czasu zdążę zostać abstynentem — burknął brodacz.
— Aż tak wątpisz w poprawność moich wyborów? — gospodarz zaśmiał się serdecznie.
— Pokładasz w nich wielkie nadzieje Rudidzie — wtrącił Gotard.
— To prawda — przyznał uśmiechając się enigmatycznie.
            Czarodziej nikomu jeszcze o tym nie mówił, ale rzeczywiście wierzył, że Konstanty doradził mu odpowiednich ludzi. Trzeba było tylko nieco popracować nad ich pewnością siebie. Kiedy to osiągną, reszta treningu nie powinna sprawić im problemu. Potem tylko Wyzwania Pierwiastków, a dalej to już z górki.
— Wspominałeś, że mieli do czynienia z innymi rodzajami broni — odezwała się Cloridia.
— Można tak powiedzieć. Teoretycznie swoje pierwsze Denavivusy pokonali przy użyciu bicza, łuku i trójzębu. Praktycznie z pomocą szczęścia i dziury w ścianie — Pozostali spojrzeli na niego pytającym wzrokiem. — Był dzień, a pomieszczenie nie miało okien — wyjaśnił. Wszyscy pokiwali ze zrozumieniem, ale ich chóralne westchnięcie wyrażało raczej dezaprobatę.
— Ale jestem padnięta — westchnęła Gośka gdy wrócili do pokoju — Myślałam, że nie uniosę widelca.
— Najgorsze jest to, że gdyby to była prawdziwa walka, to żadne z nas nie miałoby już czym unieść widelca — zauważył Andrzej.
— Przerażające — dziewczyna aż się wzdrygnęła.
— Pierwsza do kąpieli z magiczna solą — wtrąciła się Basia.
— Proszę bardzo — zgodził się kuzyn. — Nie będę się nawet kłócił. Jeszcze mnie pobijesz.
— O co ci chodzi?
— Jak widać nie trzeba mieć super wzroku, żeby zobaczyć co robiłaś na zajęciach — Gosia zawtórowała Andrzejowi.
— Nie wiem o czym mówicie — najmłodsza Wybranka zrobiła minę niewiniątka.
— Daruj sobie — parsknęła siostra. — Do walki z Gotardem użyłaś mocy.
— Wcale nie…
— Jasne — odparł chłopak z sarkazmem. — Niemal wytrąciłaś mu miecz z ręki.
— Musiałam jakoś wyrównać szanse.
— Dobre sobie! — Gośka się zaśmiała. — Biedak musiał częściej parować ciosy niż je zadawać.
— Myślałam, że powinniśmy nasze moce wykorzystywać w walce?
— Ale może poczekaj z tym aż nakaże ci to instruktor — zauważył Andrzej.
            Basia już nic nie powiedziała tylko poszła do łazienki wziąć kąpiel. Nie miała na to dużo czasu, ale liczyła, że sól zdąży zadziałać.
— Trzeba przyznać, że była niezła — powiedziała Gośka kiedy się upewniła, że szum wody zagłusza rozmowę.
— Czy ja wiem… — droczył się kuzyn. — Na moje oko kilka razy straciła rękę, co najmniej dwa głowę, a raz nawet odpadło jej ucho.
— Wesz o czym mówię.
— Wiem, wiem. Pomysł z wykorzystaniem mocy w walce był dobry — przyznał w końcu. — Szkoda, że my nie mamy takiej siły jak ona. Machała tym dwuręcznym mieczem jak słomką. A właściwie czemu ty nie skorzystałaś z mocy? Pomogłaby ci co najmniej kilka razy.
— Tak jak mówiłeś — wyjaśniła. — Odyn nie wspominał nic o wykorzystywaniu mocy. Wreszcie uczą nas czegoś konkretnego i wierzę, że wiedzą jak to robić. Dlatego myślę, że trzeba ich słuchać.
— Zdaje mi się, że właśnie przyznałaś się, że wierzysz w naszą misję i to co tu robimy.
— Chyba tak zaczyna być. Przed nami jeszcze długa droga, ale zaczynam wierzyć, że mamy szansę.
            Zanim przyszedł czas na wieczorną porcję biegów, także Andrzej i Gosia zdążyli jeszcze wziąć kąpiel. Tym razem ich przebieżkę poprzedziła rozgrzewka w formie asanów. Najwidoczniej Petalesharo dogadał się z Wén Shēnem w tej kwestii. Zdawało się, że magiczna sól nie tylko usuwała zmęczenie, ale dodawała też sił. Mimo wcześniejszego wysiłku Andrzejowi udało się dokończyć bieg bez kolki, w co wcześniej wątpił.
            Gdy wrócili do sypialni chłopak był równie senny co jego kuzynki, ale nie mógł sobie pozwolić na sen. Miał jeszcze coś do zrobienia tej nocy. Odczekał aż oddechy dziewczyn zyskają miarowe tempo pilnując usilnie by samemu nie zasnąć. Na szczęście w Azrozie nikt chyba nie słyszał o materacach sprężynowych, więc kiedy się podnosił łóżko nie wydało żadnego dźwięku. Później było nieco gorzej.
            Gdy szedł na palcach przez pokój podłoga skrzypnęła kilka razy. Przeklęte deski. Za każdym razem musiał na chwilę przystanąć i upewnić się, że nie przerwał snu żadnej z kuzynek. Miał szczęście. Drzwi okazały się bardziej miłosierne i nie wydały z siebie żadnego odgłosu.
            W bibliotece było mu nieco łatwiej. Dzięki grubym dywanom deski co prawda nie skrzypiały, ale schody zaczęły się przy szafie.
Aperire kłódka — szepnął skupiając się na tej jednej kłódce. Ta w odpowiedzi szczęknęła otwierając się. Znów chwila nasłuchiwania. Cisza. Jedynie cykanie świerszczy dobiegało zza okna. Uchylił powoli drzwi. Skrzypienie podłogi było niczym w porównaniu z jękiem jaki wydała z siebie biblioteczka. Cudem było, że nikt tego nie usłyszał w panującej dookoła ciszy. Chłopak zmienił taktykę. Zamaszystym i szybkim ruchem pociągnął drzwiczki. Otworzyły się i tylko, kiedy je wyhamował, wydały z siebie ciche stęknięcie.
            Wyjął księgę i powoli przeniósł do stołu. Każdy dźwięk wydawał mu się tak głośny, że co chwilę zaciskał zęby: a to, gdy zapalał zapałkę, lub kiedy przewracał szeleszczące karty woluminu. Nawet skrobanie pióra po pergaminie zdawało mu się za głośne. Że też w Azrozie nie było długopisów. Przygotowując się do wyprawy ani Andrzej ani dziewczyny nie pomyśleli o tym, że przyjdzie im tu pisać gęsim piórem i atramentem. Było to bardzo niewygodne i w tej chwili Wybraniec byłby bardzo wdzięczny za jakieś ziemskie przybory biurowe.
            Mimo zbawiennych właściwości soli od Rudida chłopak był senny i ziewał co chwilę. Nie chcąc zasnąć w bibliotece zdecydował się przepisać jedynie Zaklęcia swojego Pierwiastka. Będzie musiał coś wymyślić, żeby niepostrzeżenie wynotować także resztę czarów.
            Droga do łóżka była równie ostrożna i miejscami równie głośna, co droga do biblioteki. Gdy Andrzej kładł się coś pod nim zaszeleściło. Ze zdziwieniem wyjął niedużą kartkę z odręcznym pismem, które z pewnością nie należało do niego ani do jego kuzynek.
            Nie mogąc się powstrzymać chłopak zdjął świecę z szafki nocnej i rozpalił ją na podłodze zasłaniając płomień, by jak najmniej oświetlał resztę pokoju. Dziewczyny nawet się nie poruszyły. Z tekstu na pergaminie zapisanego dość zamaszystym charakterem pisma wynikało, że to jakieś zaklęcie. A nawet dwa. Chłopak musiał się uważnie wczytywać, żeby rozpoznać niektóre słowa, ale w końcu rozszyfrował całość. Jeśli te czary rzeczywiście działały tak jak to opisano to bardzo ułatwią mu życie.
            W tej chwili jedna z dziewczyn obróciła się na łóżku z cichym westchnieniem. Andrzej natychmiast zgasił świecę i po cichu wsunął się pod kołdrę, kartkę chowając pod poduszką. Sprawdzenie działania zaklęć musiał odłożyć na później.