Strony

środa, 17 sierpnia 2011

Azroz: Nów | Rozdział 2 - Obraz Historii – Historia Obrazu

ROZDZIAŁ 2

Obraz historii – historia obrazu


Andrzej postawił sobie za cel dojść do tego, kto jest autorem niedokończonego obrazu oraz jak znalazł się on w domu jego kuzynek. Ale nic nie wskazywało na to, żeby było to łatwe zadanie. Nie dość, że czasu miał niewiele, to brakowało mu jakiegokolwiek punktu zaczepienia. Obejrzał uważnie szkic i ramę w poszukiwaniu choćby inicjałów autora, ale nic nie znalazł.

— Chyba dach nam przecieka — stwierdziła nagle Basia przyglądając się plecom obrazu.
— A jaki to ma związek z obrazem? — zdziwił się Andrzej.
— Mógłbyś chociaż na chwilę przejąć się bardziej czymś innym niż tym bazgrołem? — Gosia niemal na niego warknęła. Możliwe, że czeka ich remont dachu, a on martwił się obrazem.
— Przepraszam — odparł zmieszany.
— Pergamin był przemoczony — Basia zwróciła ich uwagę. — Zobaczcie.

Dziewczyna wskazała miejsce, gdzie kartka zasłaniająca właściwy obraz była pomarszczona.

— Jakby przeciekało, to cały byłby zmoczony — zauważyła Gośka.
— To może malarz włożył zbyt wilgotne płótno i przesiąkło.
— To byłoby raczej trudne, skoro nie użył nawet kropli farby — powiedział Andrzej. — Zmarszczenie jest tylko w tym miejscu, na małej powierzchni.
— Czego nam to dowodzi? — spytała starsza z sióstr.
— Jeszcze nie wiem.

Chłopak poszedł do kuchni i wrócił z zapalniczką. Zapalił ją i przysunął do pergaminu.

— Zwariowałeś?! — wrzasnęła Gosia. — Chcesz puścić dom z dymem?
— Spójrz — Basia wskazała na obraz.

W miejscu ogrzanym przez płomień pojawił się tekst. Ktoś użył atramentu sympatycznego, żeby go ukryć. Andrzej zakładał, że mógł to być sok z cytryny lub mleko. Po chwili ukazał się ciąg cyfr:


12 54 22 11 34


— A to niby co ma być? — zdziwiła się Gosia. — Numer telefonu do autora?
— To chyba szyfr — powiedziała jej siostra. — Musimy tylko znaleźć klucz. Załóżmy, że suma cyfr oznaczać będzie kolejną literę alfabetu…
— Dlaczego akurat suma? — przerwała jej druga z dziewczyn.
— Bo nie znam alfabetu, który miałby pięćdziesiąt cztery litery, a różnica liczb jest równa zeru, bądź od niego niższa. Tak więc, trzecia litera to C, dziewiąta to I, dalej mamy D, B oraz G.
— I wyszła nam totalna bzdura — podsumował Andrzej.
— Polibiusz — powiedziała Gośka ze zdumieniem.

Pozostali spojrzeli na nią zaskoczeni. Andrzej domyślił się, o co może jej chodzić, ale nim zdążył coś powiedzieć, kuzynka zniknęła w drugim pokoju. Po chwili przyniosła ze sobą książkę, którą on sam przywiózł, ale nie zdążył jeszcze przeczytać. To Gosia pierwsza czytała Tajemnicę Polibiusza.

Była to powieść o studentce kryptografii, która wplątała się w wojnę dwóch wrogich służb wywiadowczych. Miała ona za zadanie złamać hasło do komputera kryjącego jedną z największych tajemnic USA. Rozwiązaniem okazała się szachownica Polibiusza.

Był to rodzaj monoalfabetycznego szyfru. Swą nazwę dostał on po swoim autorze, greckim historyku. Szyfr ten przypisywał każdej literze liczbę, wg schematu:



1
2
3
4
5
1
A
B
C
D
E
2
F
G
H
I/J
K
3
L
M
N
O
P
4
Q
R
S
T
U
5
V
W
X
Y
Z

Cyfry oznaczają położenie danej litery w tabeli. Należy tylko pamiętać, że pierwsza z nich jest numerem kolumny, a druga wiersza. Gosia przypomniała sobie, że w książce widziała podobny ciąg znaków, gdzie żadna liczba nie była mniejsza od jedenastu i nie przekraczała pięćdziesięciu pięciu. Teraz, używając tabeli, złamali szyfr.


12 – F 54 – U 22 – G 11 – A 34 – S


— Fugas — przeczytała Basia. — I to niby ma być nazwisko?
— Możliwe — odparł kuzyn.
— Ciekawe, czemu było ukryte — zastanawiała się Gośka.
— Załóżmy, że artysta stworzył specjalne dzieło, w którym miał coś do przekazania konkretnej osobie — Andrzej przedstawił im swój pogląd. — Osoba ta znała nazwisko malarza, a nie miała pojęcia, co przedstawiał obraz. Artysta nie chciał, bądź nie mógł zdradzić swego związku z dziełem osobom postronnym. Zaszyfrował więc nazwisko i dodatkowo zapisał atramentem sympatycznym. Malarz i odbiorca umówili się, gdzie miało odbyć się przekazanie obrazu, na przykład w jakiejś galerii, albo w tym przypadku raczej w jakiejś piwnicy.
— Dlaczego w piwnicy? — spytała zdziwiona Baśka.
— Bo nikt nie wystawi niedokończonego dzieła w galerii. W każdym razie odbiorca poszedłby w umówione miejsce, odnalazł obraz i upewnił się, co do autora.
— Ciekawa teoria — przyznała Gosia. — Tyle tylko, że to chyba nie jest atrament sympatyczny. Żeby odczytać taki rodzaj atramentu potrzeba soku z cytryny i ciepła, ewentualnie ultrafioletu. A ty to tylko podgrzałeś.
— A jak sobie wyobrażasz oglądanie obrazem, na przykład u kogoś w domu i smarowanie go sokiem z cytryny? — spytała siostra. — Albo jeszcze lepiej targanie ze sobą lampy ultrafioletowej?
— Chyba o czymś zapomniałyście — przerwał im kuzyn. — Pomarszczony pergamin. Te cyfry napisano sokiem z cytryny. Dlatego wystarczyło tylko ciepło. No i jest dobra wiadomość.
— Jaka? — dopytywała Gośka.
— Remont dachu nie będzie potrzebny — chłopak do niej mrugnął.
— No to mamy metodę i autora — podsumowała Basia. — Nie wiemy tylko, po co to malował i dla kogo. Oraz czego się obawiał, że ukrył nazwisko..

Musieli przerwać swoje dochodzenie, bo pani Kwiatkowska zawołała ich na obiad. Podczas posiłku ciotka zapytała Andrzeja o szkołę. Skorzystał z okazji i pochwalił się, że na zajęcia z historii sztuki pisał referat o artystach z tego rejonu. Kiedy sobie o tym przypomniał, o mało nie udusił się ziemniakiem. Jak można mieć taką sklerozę! Powinien był sobie przypomnieć, kiedy tylko zobaczył to nazwisko. Matheo Fugas.

— Znasz to nazwisko? — spytała Basia po obiedzie.
— Tak — odparł. — Jest w tym rejonie znany wśród miłośników sztuki. Teraz powinien być po pięćdziesiątce.
— Więc raczej jeszcze żyje — oceniła Gośka. — To co o nim wiesz?

Kuzyn zreferował im to, co pamiętał z własnego wypracowania. Matką Fugasa była Polka żydowskiego pochodzenia, ojcem Francuz. W 1967 roku przyjechał studiować na Uniwersytecie Warszawskim. Tam załapał się na marzec 1968 roku.

— Czy to istotne? — przerwała mu Baśka.
— Dla niego bardzo — Andrzej kontynuował swoja opowieść.

W tym czasie ludzi, u których dopatrywano się pochodzenia żydowskiego, a nawet, którzy wypowiadali się za Żydami, zwalniano z pracy, pozbawiano stanowisk. Czystka nie ominęła także uczelni wyższych. Profesorów żydowskiego pochodzenia usuwano ze szkół. Sam Fugas nieomal został deportowany do Francji z dokumentami wyjazdowymi, odbierającymi prawo powrotu i powodującymi utratę obywatelstwa. Pomógł mu jeden z profesorów ze znajomościami. Nie mniej jednak zanim sprawa się wyjaśniła Fugas znalazł się wśród jedenastu zawieszonych w prawach studentów.

Kiedy hałas wokół studenckich wystąpień ucichł, Fugas zmienił uczelnię na Akademię Sztuk Pięknych. Naturalnie przed przyjęciem został dokładnie zlustrowany, ale znów pomógł mu znajomy profesor. Po ukończeniu studiów Matheo zatrudnił się w galerii i zaczął sam tworzyć. Podobno zapowiadał się całkiem nieźle. Jego obrazy sprzedawały się dobrze, miał sporo zamówień.

— Nie założył rodziny i jakieś dziesięć lat temu przeprowadził się w te okolice — dokończył Andrzej. — Niestety nie wiem dokładnie, gdzie.
— Czyli znów utknęliśmy — westchnęła Gosia.
— Niekoniecznie — zauważył chłopak. — W miejskiej bibliotece na pewno będą coś wiedzieć o uznanym malarzu z tych okolic.
— Sugerujesz, zatem odwiedziny w bibliotece? — upewniła się kuzynka.
— Dokładnie.

Następnego dnia po śniadaniu udali się do centrum pobliskiego miasteczka. Spytali bibliotekarkę gdzie mogą znaleźć informacje na temat Matheo Fugasa. Kobieta przyjrzała im się dokładnie.

— Praca semestralna? — spytała.

Chyba jest nowa — pomyślała Basia. Prace semestralne oddawało się tydzień temu. — Można tak powiedzieć — odezwała się jednak na głos.

— Poczekajcie.

Kobieta podeszła do telefonu i wykręciła numer. Dobiegały ich strzępki rozmowy. Praca semestralna… troje… wyglądają przyzwoicie… mogę podać? Po skończonej rozmowie bibliotekarka wróciła na swoje stanowisko, zanotowała coś na kartce i podała im ją.

— Pan Fugas was przyjmie. Ale nie chwalcie się tym adresem.
— Pani żartuje? — wypaliła zaskoczona Gośka.
— Nie. Pan Fugas lubi opowiadać o swojej pracy. Chętnie się z wami spotka.
— Dziękujemy — Andrzej uśmiechnął się w odpowiedzi.

Przez całą drogę na przystanek przyglądał się kartce z niedowierzaniem. Malarz mieszkał na końcu wsi, w której mieszkali dziadkowie dziewczyn. Niesamowite. Żadnemu z nich nawet nie przyszło do głowy, żeby spytać kogoś z dorosłych o Fugasa. Zaoszczędziliby sporo czasu. Chłopak wyjął komórkę i wystukał numer podany dodatkowo przez bibliotekarkę. Wypadało się zapowiedzieć, zwłaszcza, że Matheo wyświadczał im przysługę. Mężczyzna odebrał dość szybko. Miał miły głos, wyćwiczony przez lata pobytu w Polsce, ale niepozbawiony nutki francuskiego akcentu. Andrzej umówił ich jeszcze tego samego dnia.

— Pójdziemy do niego po obiedzie — powiedział, gdy skończył rozmowę.
— Nie mówiłeś mu w jakim celu przyjdziemy — zauważyła Gosia.
— Myślę, że lepiej postawić go przed faktem dokonanym.
— Może lepiej wziąć gaz pieprzowy? — Baśka zastanawiała się na głos. Pozostała dwójka patrzyła na nią zdumiona. — No co? Nigdy nie wiadomo, z kim ma się do czynienia.

Po obiedzie cała trójka udała się na spacer, którego celem miała być wizyta u Fugasa. Ostatecznie odrzucili pomysł Basi i poszli nieuzbrojeni. W razie, gdyby artysta okazał się nieobliczalnym wariatem, będą musieli radzić sobie sami. Powinno im się udać nawet, mimo mało atletycznej postury Andrzeja. Chyba, że Francuz miałby się okazać drugim Pudzianowskim.

Jak na znanego malarza, którego obrazy miały wzięcie, dom malarza prezentował się dość skromnie. Przed niewielkim budynkiem z cegły siedział mężczyzna w wieku, tak jak mówił chłopak, na oko przekraczającym pięćdziesiątkę. Włosy powoli zaczynała przyprószać siwizna. Zmęczone oczy uzbrojone były w dwuogniskowe okulary.

— Przepraszam, czy pan Fugas? — zagadnął Andrzej.
— Tak, dzień dobry. To wam mam opowiedzieć o swojej pracy?
— Dzień dobry. Tak, to my.

Malarz zaprosił ich do domu. To, co na pierwszy rzut oka wydawało im się skromnym dobytkiem, w rzeczywistości musiało być artystyczną wizją wiejskiego domu. Dopiero teraz Andrzejowi przyszło na myśl, że widywał w prasie domy z podobnych cegieł, i że koszt takiego materiału często był wysoki. Wnętrze pełne było bibelotów i bogato zdobionych mebli. Na pozór niepasujące do siebie przedmioty w rzeczywistości tworzyły niepowtarzalny klimat i harmonię. Regały zastawione były biografiami malarzy i albumami o sztuce. W rogu stała zasłonięta sztaluga. Gospodarz zostawił ich na chwile samych i poszedł zaparzyć herbatę.

— Nie widzę żadnych reprodukcji — zauważyła szeptem Gośka.
— Może dlatego, że takimi rzeczami zazwyczaj zajmują się kopiści, albo studenci — odparł Andrzej. –- O fałszerzach nie wspominając. Fugas miał jednak swoją renomę i nie przystoiłaby mu taka działalność.
— Chcesz powiedzieć, że ten szkic, to zrobił niechcący? — Basia nie była przekonana.
Kuzyn nie zdążył odpowiedzieć, bo do pokoju wrócił Matheo niosąc herbatę.
— Co chcielibyście wiedzieć? — spytał. — Interesuje was technika, osiągnięcia, inspiracje?
— Konkretnie — odparł Andrzej, sięgając do plecaka, — interesuje nas to. Znaleźliśmy go na strychu i nie wiemy skąd się tam wziął. Po podpisie wnioskujemy, że to pański szkic, bo tylko jeden Fugas mieszka w okolicy.
— Ciekawe — mruknął mężczyzna. — Będzie potrzeba więcej herbaty… zacznijmy od początku. To moja praca. Miał to być obraz dla Konstantego Dworzaka.
— Kostek — Basia wstrzymała oddech. Wszyscy spojrzeli na nią zdziwieni.
— Wiesz, o kogo chodzi? — spytał kuzyn.
— Mówiłam ci o nim — przypomniała mu. — Do Konstantego Dworzaka należał ten naw… ten opuszczony dom.
— Zgadza się — potwierdził Matheo, dodając z uśmiechem — Widzę, że nasłuchałaś się opowieści ludzi. Pozwolicie, że zanim przejdę konkretnie do obrazu, opowiem wam co nieco o swojej rodzinie?

Skinęli głowami i malarz zaczął opowiadać, uzupełniając szczegółami to, co wiedział już Andrzej. Ojcem mężczyzny był Pierre Fugas, który przyjechał do Polski w interesach. Tu poznał żydówkę Rachelę Bauman, w której się zakochał. Tuż przed rozpoczęciem II Wojny Światowej oboje wyemigrowali do Francji, gdzie wzięli ślub. W 1948 roku urodził się Matheo. W wieku dziewiętnastu lat przyjechał do Polski, aby studiować.

W październiku podjął naukę na Uniwersytecie Warszawskim. Tam poznał Konstantego Dworzaka, wykładowcę filozofii. Obaj szybko znaleźli wspólny język i zaprzyjaźnili się. Jak okazało się później, Konstanty nie raz służył chłopakowi pomocą. Dzięki niemu Matheo nie trafił do więzienia. Młody Francuz brał udział w zajściach dotyczących zdjęcia ze sceny spektaklu Dziady w 1968 roku. Na ostatnim spektaklu na widowni zabrakło miejsc. Byli tam głównie studenci. Przestawienie, co chwilę przerywały oklaski. Po spektaklu skandowano hasła: Niepodległość bez cenzury i Chcemy kultury bez cenzury.

30 stycznia odbyła się demonstracja pod pomnikiem Mickiewicza. Po ostatnim spektaklu niemal dwieście osób udało się na Krakowskie Przedmieście, gdzie u stóp kamiennego wieszcza złożono transparent Żądamy dalszych przedstawień. Niereagująca początkowo milicja, po niedługim czasie rozpędziła tłum pałkami. Aresztowano trzydzieści pięć osób. Dziewięciu manifestantów pociągnięto do odpowiedzialności karnej. Gdyby nie pomoc Konstantego, Matheo byłby dziesiątym. Dworzak wynajął adwokata, którego główną linią obrony była niedostateczna znajomość języka i zaistniałej sytuacji. Matheo oczyszczono z zarzutów. Na wniosek ministra szkolnictwa wyższego z Uniwersytetu Warszawskiego relegowano Adama Michnika i Henryka Szlajfera.

W okresie tym pogłębiały się uprzedzenia antysemickie, ukryte pod hasłem walki z syjonizmem. Na jednym z wieców Władysława Gomułki potępiono zawarte w Dziadach antyradzieckie aluzje oraz antysocjalistyczne działania grup studenckich. Sekretarz zaakcentował przy tej okazji żydowskie pochodzenie inspiratorów zajść na Uniwersytecie Warszawskim.

Jeszcze silniej antysemicki wydźwięk miał wiec zwołany przez Edwarda Gierka w Katowicach. Wystąpienie to zaowocowało strajkami na warszawskich uczelniach, które wszczęli oburzeni studenci. Wśród postulatów znalazły się: respektowanie podstawowych praw obywatelskich i zniesienie cenzury. Wyrażano głośny sprzeciw wobec rasowej i narodowej dyskryminacji. Środowiska studenckie nie pozostały w swej walce osamotnione. Przyłączyli się do nich także niektórzy wykładowcy, w tym Konstanty. Pod przymusem groźby władz o rozwiązaniu uczelni, strajk zakończono po trzech dniach. W wyniku zwolnienia z katedr wybitnych profesorów, studenci 28 marca zorganizowali wiec, na którym ponownie domagali się zniesienia cenzury i przestrzegania praw obywatelskich, a także swobody zrzeszeń oraz wolności opinii,

Odpowiedź władz była bezwzględna. Zlikwidowano na Uniwersytecie Warszawskim sześc kierunków studiów, w tym Wydział Filozofii. Konstanty i wielu jego kolegów zostało bez pracy. Dodatkowo z uczelni relegowano trzydziestu czterech słuchaczy. Jedenastu zawieszono w prawach studenta. Wśród nich był Matheo. Zajęto się lustracją jego pochodzenia. Dopatrzono się także sympatii, jaką darzył go Dworzak. Zamknięcie Wydziału Filozofii było doskonałym pretekstem, aby pozbyć się go z uczelni.

Konstanty nie przejął się zbytnio utratą pracy. Miał jeszcze posadę wykładowcy historii sztuki na Akademii Sztuk Pięknych. Mężczyzna uruchomił swoje znajomości, dzięki czemu Matheo nie musiał emigrować. Francuz zapuścił brodę, wyrobił sobie nowe dokumenty. Konstanty załatwił mu fałszywe papiery świadczące o ukończeniu trzeciego semestru na wydziale sztuki we Wrocławiu. Dzięki temu mógł rozpocząć nowy semestr na ASP. Zanim zaczął się czwarty semestr, Konstanty przekazał Matheo część potrzebnej wiedzy i posłał go na naukę malarstwa do znajomego artysty. Okazało się, że chłopak ma talent. W ramach opłaty za prywatne lekcje, Matheo pomagał malarzowi w jego pracowni, gdzie zyskał dodatkowe umiejętności. Tamten okres bardzo zbliżył do siebie Konstantego i Matheo, którzy zostali przyjaciółmi.

— To wszystko bardzo ciekawe — podsumował Andrzej, — ale nie bardzo wyjaśnia, co miał przedstawiać obraz i skąd się wziął u nas.
— Jak trafił na wasz strych, nie jestem w stanie powiedzieć — przyznał mężczyzna. — Ale mogę wam opowiedzieć o tym, co miało na nim być. Konstanty był osobą bardzo wierzącą i interesował się sztuką. Ostatnia Wieczerza była jego ulubionym dziełem. Poprosił mnie o namalowanie reprodukcji.
— Wyjątkowej, jak się domyślamy — wtrąciła Basia. — Z dwiema postaciami kobiecymi.
— Hmm… to okazało się nieco później. Taka ostatnia poprawka. Konstanty nie sprecyzował jak mają wyglądać postacie, ani nie wyjaśnił, czemu miały być takie, a nie inne.
— Dosyć tajemniczy ten pana przyjaciel — zauważył Andrzej.
— Każdy ma prawo do swojego ekscentryzmu — Fugas uśmiechnął się.
— Czemu obraz nie został dokończony? — spytała Gosia.
— Niestety nie zdążyłem przed śmiercią Konstantego.
— Czyli szkic nigdy nie dotarł do zleceniodawcy? — upewniła się dziewczyna. — Miał go pan cały czas u siebie?
— Tak. Potem go wyrzuciłem. Jak zdążyliście zauważyć podpisuję prace w dość specyficzny sposób. Nie sądziłem, że ktoś w ogóle powiązałby szkic ze mną. Możliwe, że ktoś znalazł obraz i zaniósł do was. Chociaż to byłoby dziwne, biorąc pod uwagę jego nikłą wartość… Pomyśleć, że w niedzielę mija już drugi rok od śmierci Kostka…
— W niedzielę? — upewnił się Andrzej. — Chce pan powiedzieć, że Dworzak zmarł…
— 26 lutego.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz